Gorączka złota – odcinek pierwszy

Rozdział 1: Powstanie nowej krainy

Granice pomiędzy poszczególnymi państwami od zawsze były sprawą umowną. Ich przebieg zmieniał się na przestrzeni wieków w zależności od zaborczych działań silniejszych sąsiadów lub podpisanych traktatów po zakończonych wojnach. Do negocjacyjnych stołów zasiadali wówczas specjalni pełnomocnicy zwycięzców i wodząc palcem po mapie, wytyczali, gdzie kończy się jedna, a gdzie zaczyna druga kraina.

W pewnym momencie zauważono, że takie militarne ustalanie granic wymaga zbyt dużych wysiłków, a także poważnych nakładów finansowych. Zaczęto więc zastanawiać się nad innymi, tańszymi sposobami panowania nad ludźmi. Poszukiwania długi czas nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Zaczęto nawet mówić o Nowym Wspaniałym Świecie bez wojen, agresji i najazdów. Naturalna kolej wszystkich życiowych procesów wymaga jednak nieustannego łączenia się i podziałów, w wyniku czego powstają nowe byty i struktury. Był nim na przykład Związek Samodzielnych Republik Realandzkich (ZSRR), ale kreacja ta wystarczyła tylko na jakiś czas. Konieczne były dalsze nowe podziały. Zgodnie z odwiecznym prawem natury świat  podzielił się na dwie dotychczas nieznane krainy – Realandię i Wirtualandię. Początkowo granice między nimi występowały jedynie czasowo, były dyskretne, wręcz prawie niezauważalne. Podział ten, choć początkowo nie przez każdego rozumiany, stale się pogłębiał. Ekspansja Wirtualandii była na tyle atrakcyjna i do tej pory niespotykana, że ulegał jej prawie każdy mieszkaniec Realandii. Dlaczego tak się działo? Głowili się nad tym zagadnieniem najwięksi mędrcy i najznamienitsi uczeni, ale wnioski płynące z rozmyślań były raczej skromne.

Wszystko działo się po raz pierwszy w historii ludzkości i to, co do tej pory wiedziano o najróżniejszych podziałach, nie miało w tym wypadku żadnego zastosowania. Jedyna reguła, którą dało się zauważyć, była taka, że przeważał kierunek przemieszczania się mieszkańców z Realandii do Wirtualandii. Gdyby szukać pierwowzorów, to może dałoby się wyprowadzić pewną analogię do kierunku przemieszczania się ludzi z krajów bez perspektyw do miejsc dających nadzieję na lepszą przyszłość.

 Życie w Realandii od pewnego czasu stało się wprost niemożliwe do zaakceptowania przez każdego, kto miał choć odrobinę instynktu samozachowawczego. Między ludźmi narastała agresja słowna, we wszystkich dziedzinach życia panował chaos i beznadzieja. Pieniądze znikały z rynku, szalały kursy wszystkich akcji i walut. Wahaniom nie oparł się tajemniczy newcoin wirtualandzki. Szeptano, że może on nawet zagrozić realowi ameerlandzkiemu i innym znanym na rynkach finansowych realom.

W każdym zakątku poszczególnych prowincji Realandii trwały żmudne starania, aby zgarnąć jak najwięcej dla siebie, schować zagrabione pieniądze na czarną godzinę i z nikim się nie podzielić. Pesymiści codziennie wieszczyli rychłe nadejście owej czarnej godziny, ale nikt nie wiedział, kiedy ona tak w istocie wybije. Jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc, a może zgoła za rok? Każdy termin był w równiej mierze realny, co nieprawdziwy.

Tego, że od dawna zapowiadany Naprawdę Wielki Kryzys (NWK) nadejdzie w końcu też do Realandii, wszyscy byli pewni. Jednak nikt, ale to absolutnie nikt, nie wiedział nie tylko kiedy tak w istocie przyjdzie, ale i z której strony zaatakuje oraz jaką postać ostatecznie przybierze. Ba, nie było tak do końca wiadomo, co to jest za zjawisko, ten cały Naprawdę Wielki Kryzys. Nie wiedziano, co jest jego przyczyną, co go nakręca, a co hamuje. W końcu od dawna na świecie nie było żadnych naturalnych kataklizmów na skalę globalną, powodzi ogarniających kontynenty ani trzęsień ziemi doszczętnie rujnujących wszystkie miasta. Nie toczyły się żadne wielkie wojny światowe, nie licząc oczywiście drobnych w skali całego kontynentu potyczek wszczynanych po to jedynie, aby dzielni żołnierze nie wyszli z wprawy, sprzęt bojowy nie zardzewiał od nieużywania, a przemysł zbrojeniowy nie zbankrutował. Dlaczego miałby więc nadejść kryzys?

Na wszelki wypadek trwały przygotowania, próby generalne, przymiarki i czynności dostosowawcze do tego, co podobno było nieuchronne, bo skoro już niejeden raz się zdarzyło, to i zdarzy się teraz. Kiedy to szaleństwo mogło się zacząć?

Obserwatorzy obdarzeni nadczynnością pamięci przypuszczali, że może trzeba by z uwagą przestudiować przebieg pewnej narady w Ameerland Global Bank w Unii Stanów Autonomicznych (USA). Podczas tej narady, odbytej przed kilku laty, stary William F. Johnson rzucił myśl:

– Skoro wszyscy coraz dłużej przebywają w tej całej Wirtualandii, to… hmmm – zaczął swój wywód wielki bankowy guru – to taki tryb życia musi się odbić na gospodarce w realnej rzeczywistości. Niemożliwe, żeby całodobowe siedzenie w tej dziwnej krainie, która nie do końca wiadomo, czy istnieje, nie pozostawało bez wpływu na resztę świata. Tak się zatopią w tej całej wirtualnej fikcji, że przestaną chodzić do pracy, zarabiać i wydawać pieniądze, aż w końcu sprowadzą kryzys gospodarczy na cały świat. Lepiej się przygotować i zabezpieczyć trochę kapitału na czarną godzinę. Człowiek przezorny jest zawsze przygotowany… – kontynuował William F. Johnson. – Może więc ściągnijmy trochę kapitału z rynku, tak na wszelki wypadek. Zrobimy coś w rodzaju żelaznej rezerwy dla naszych portfeli, kont i majątków.

Takiej wskazówki bankowcom zgromadzonym na naradzie nie trzeba było dwa raz powtarzać. Wszystko, co powiedział stary William, miało w Ameerland Global Bank status wyroczni, która nigdy się nie myli. W końcu przewidział parę zdarzeń na rynkach kapitałowych z dużym wyprzedzeniem i bank całkiem dobrze na tym wyszedł.

Zaczęto więc gromadzić zapasy gotówki na ową mającą nadejść czarną godzinę, której tak naprawdę nie był w stanie wybić żaden zegar. No, może był to tylko ten zegar, który tykał w wyobraźni przesadnie ostrożnych uczestników pamiętnej bankowej narady.

– Przekonamy rząd Unii Stanów Autonomicznych, że należy podnieść poziom rezerw budżetowych i zmniejszyć oprocentowanie lokat we wszystkich bankach – postanowiono na pierwszej z narad operacyjnych po spotkaniu z Williamem F. Johnsonem.

Jak postanowiono, tak zrobiono w Ameerland Global Banku, a skoro taki ruch wykonał bankowy gigant, inne, mniejsze banki nie miały wyboru. Strumienie zasobów pieniężnych do tej pory swobodnie i bez ograniczeń hulające na wolnym rynku zaczęto kierować do przepastnych skarbców bankowych, do których rzadko kto miał dostęp. Co więcej, nie każdy, kto tam bywał, miał pojęcie o zasobach całości. Długie, kręte korytarze, słabe oświetlenie, wprowadzanie kolejnych kodów zabezpieczających następne grube, opancerzone drzwi nie sprzyjały zapamiętywaniu topografii skarbca, a tym bardziej jego zawartości.

W pierwszym roku tych działań ani się obejrzano, jak zgarnięto z rynku 7,50% krążącej gotówki i zamrożono ją w bankowych sejfach. W następnym roku ściągnięto 8,25% kapitału i nic nie wskazywało, żeby to był koniec operacji przygotowawczych do Naprawdę Wielkiego Kryzysu.

W rezultacie cała produkcja przemysłowa, handel, usługi, fabryki zaczęły pracować w innym rytmie i według zupełnie nowych reguł. Kolejne dziedziny gospodarki załamywały się pod wpływem tajemniczo znikających z rynku pieniędzy. Produkcja we wszystkich dziedzinach zwalniała, zmniejszała się liczba zamówień, obniżała się konsumpcja wszelkich dóbr.

Ci, którzy sugerowali, że Naprawdę Wielki Kryzys do nich nie dojdzie, nie wiedzieli w istocie, co mówią. Myśl o nadciągającym kryzysie rozprzestrzeniała się niejako siłami natury, wirowała w świecie, tworząc kolejne toksyczne zakręty i zamęty, niczym pył z wulkanu tuż po wybuchu. W kolejnych latach coraz więcej i więcej pieniędzy lądowało na tajnych kontach, w bankowych sejfach, w strzeżonych podziemiach i innych miejscach, o których istnieniu zwykli śmiertelnicy nie mieli najmniejszego pojęcia.

Uznano też za celowe podniesienie bankowych rezerw kapitałowych w czystym złocie.

– Pieniądze to tylko papierki, których wartość ustalamy my – mówili zwolennicy tej teorii. – Liczy się czyste złoto, tylko złoto. Od wieków tak było, dlaczego daliśmy się przekonać, że te papierki z podobiznami dziwnych postaci są takie wartościowe? Złoto jest po to, aby je zdobywać, gromadzić, podziwiać – przekonywali swoich oponentów.

– Nie gorączkujcie się tak w sprawie zwiększenia zasobów złota – odpowiadali zwolennicy banknotów. W końcu ile jest złota w bankach, wiemy tylko my, to tajemnica bankowa!

Ten rozciągliwy jak najlepsza guma termin pozwalał nie zwierzać się bez potrzeby szerokim rzeszom klientów z kolejnych pomysłów i ustaleń rad nadzorczych.

Prawie wszyscy mieszkańcy Nowego Wspaniałego Świata z czasem zorientowali się, na czym w ogólnych zarysach polegają nadciągające zmiany. Jedynie osobnicy wychowani w systemie lokującym zdrowie ludzkie na samym szczycie cenionych wartości nie byli w stanie zrozumieć nadciągającego zagrożenia. Najzwyczajniej w świecie nie wierzyli, że reguły nowej dziwnej gry rynkowej ogarną także medycynę. Pocieszali siebie nawzajem, że zdrowie jest dla każdego człowieka najważniejsze i nikt nie odważy się zmienić tego systemu wartości. Choć powtarzali tę frazę w kółko i bez końca, w głębi duszy czuli, że nie mogą mieć stuprocentowej pewności o słuszności głoszonych poglądów co do finansowej nietykalności medycyny.

Po paru kolejnych latach funkcjonowania nowych zasad rynkowych nastąpiło zmniejszenie ilości krążących pieniędzy do tego stopnia, że niedobór zaczęto odczuwać także w medycynie. Ponieważ natura nie przewiduje próżni jako zjawiska normalnego, narastający niedobór pieniędzy w medycynie politycy zaczęli zastępować nadmiarem słów. W toczonych przez nich rozmowach o medycynie pojawiały się coraz częściej niekończące się obietnice i słowa-kołysanki, mantry, które miały za zadanie jedynie uśpić czujność obywateli. Karierę zaczęły robić takie określenia jak satysfakcja pacjenta, empatia, dołożymy starań, gwarantujemy równy dostęp, skontrolujemy, kto jest winien niedoborom. Słowem określenia, które niczego pacjentom nie gwarantowały, lecz tylko stwarzały złudzenia rzekomo podejmowanych starań.

Wprawdzie uszy wielu pacjentów miały się dobrze od tych słów-obiecanek, ale gorzej było z pozostałymi narządami, zwłaszcza tymi niedomagającymi. Jednak dominacja uszu nad resztą ciała w sferze słownej zapewniała póki co wysoki poziom wiary w poczynania władzy.

Lekarze, którzy z czasem lepiej rozpoznali nadciągające zagrożenia, rozpoczęli przygotowania, początkowo osobiste, a potem także zawodowe. Jedni szukali dobrych lokat oszczędności, inni przerzucali się na nowe specjalności medyczne, jeszcze inni rozglądali się za emigracją wewnętrzną lub taką prawdziwą, zewnętrzną, na odległe lądy.

Nic więc dziwnego, że dr Matylda Przekora, nie tracąc dłużej czasu na namysły, które mogłyby sprowadzić ją do stanu wyczerpania finansowego i emocjonalnego, postanowiła oddalić się na bezpieczną odległość od wyuczonego za młodu zawodu pocieszycielki wszystkich strapionych, spragnionych i nienasyconych. Postanowiła stanowczo, że nie będzie do końca życia tylko i wyłącznie emerytowaną internistką z Sarmawy. Matylda miała wprawdzie anemiczny i wlokący się przez lata romans z arteriologią, ale był on zbyt blady, aby zapewnił błyskotliwa karierę w Nowym Wspaniałym Świecie.

Od całkowitego towarzyskiego zapomnienia uratować ją mogła nowa kreacja zawodowa i życiowa, realizowana w innej przestrzeni, w nowym wymiarze, a może zgoła w egzotycznej krainie. Matylda była pewna, że stać ją na pisanie dzieł o objętości słów większej niż na tradycyjnej recepcie, mieszczącej nawet tak długie nazwy jak Kalium hypermanganicum lub tak tajemnicze jak Natrium thiosulfuricum. Ileż czasu mógł poświęcić każdy czytelnik na smakowanie takich słów? Maleńką chwilkę, a w końcu przecież nie o to chodziło, aby przyciągnąć uwagę czytelnika na minutę, lecz przykuć ją na długie godziny, skłonić do refleksji lub rozpalić wyobraźnię.

Gdzie więc Matylda powinna się udać dla zrealizowania nowych postanowień?

Najbliżej, nieomal na wyciągnięcie ręki była oczywiście Wirtualandia, piękna kraina pełna emocji i namiętności, do której wyemigrował już niejeden lekarz rozczarowany otaczającą go rzeczywistością. Nie pozostało więc Matyldzie nic innego, jak zostawić bagaż dotychczasowych doświadczeń zawodowych w przechowalni egzotycznych wspomnień z młodości i lat dojrzałych, a następnie udać się na emigrację do nowej ekscytującej krainy, zwanej Wirtualandią.

Pocieszająca była okoliczność, że nie trzeba było kupować żadnych biletów do tej krainy, ubiegać się o wizy wjazdowe ani nostryfikować dyplomów. Poza tym zawsze można było wrócić do Realandii, gdyby rozwinął się zespół tęsknoty za ekstremalnie silnymi wrażeniami, które były gwarantowaną i nieodłączną składową zawodowego kontaktu z medycyną.

Gdzie dokładnie leżała tajemnicza Wirtualandia, tego nie wiedział nikt. Każdy z przybyłych z Realandii emigrantów zapytany o dokładniejszą lokalizację swojego nowego miejsca bytowania mówił coś innego. Co gorsza, nie było żadnych map ani przewodników po Wirtualandii.

Dla wielu lekarzy miejscem wirtualnej emigracji z Sarmalandii był portal www.penicilium-3x800000j.=2,4mln. Była to kraina niepodobna do żadnej innej znanej w realu. Wszystko się w niej kłębiło, mieszało, bulgotało i funkcjonowało według praw oraz przepisów niespotykanych nigdzie indziej. Na przykład trudno było uwierzyć, że nie ma tam ordynatorów i dyrektorów, a wszystko działa!

Tym, co pociągało większość bywalców www.penicilium-3x800000j.=2,4mln, było uczucie wolności, nieskończona możliwość ciągle nowych kreacji, wcielania się w kolejne niecodzienne role, a także niewygórowane wymagania finansowe dla przebywania w tej krainie. Szczególnie porywająca była możliwość wcielanie się w role niedostępne w życiu realnym. Szpitalna szara myszka zamieniała się w groźną lwicę, która ryczała na każdego. Dla odmiany płochliwy teoretyk medycyny grał rolę praktyka, który wszystko potrafi, a podstarzały amant stroił się w piórka młodego uwodziciela.

Ilość możliwych wcieleń w Wirtualandii była praktycznie niepoliczalna. Nikt nie był tym, kim los kazał mu być w realu. To złudne uczucie wolności wyborów leżało u podstaw wszystkich wirtualnych szaleństw. Co więcej, każdy mógł codziennie, za każdym przekroczeniem granicy Wirtualandii, być kimś innym. Za każdym kliknięciem, a nie tylko gdy zebrało mu się na desperacką realną odwagę lub gdy stan konta na to pozwalał.

Nic więc dziwnego, że status korespondenta ślącego barwne opisy o przemieszczaniu się ludzi pomiędzy Realandią i Wirtualandią mógł być dla Matyldy, lubiącej silne wrażenia, bardzo interesującym wyzwaniem twórczym. Wprawdzie dobiegające odgłosy sugerowały, że może to być rola korespondenta wojennego, no ale czegóż się nie robi dla przyszłej sławy? Pytającym gdzie dokładnie zmierza się udać, odpowiadała, że myśli o nadmorskim Afrieerze, położonym na kontynencie zwanym Afrieerią.

– Dlaczego właśnie tam? – dociekali niezorientowani w geografii Nowego Wspaniałego Świata.

 Na to pytanie Matylda odpowiadała, że od zawsze marzyła o dalekiej i egzotycznej podróży, podczas której wzorem znanych twórców napisze powieść porywającą szerokie rzesze. Dodawała też, że chce mieszkać w eleganckiej rezydencji nad brzegiem morza i wsłuchiwać się w szum fal podczas pracy twórczej.

Spakowała więc trochę rzeczy osobistych, laptop, aparat fotograficznych i pognała hen, w siną dal. Mignęła komuś przy odprawie biletowej w Sarnawie, stolicy Sarmalandii i zniknęła w czeluściach nowego dworca lotniczego (SAR).

Na adresy e-mailowe jej czytelników od czasu do czasu nadchodziły korespondencje zaczynające się od słów „Tu Matylda Przekora, Wasz korespondent znad granicy pomiędzy Realandią i Wirtualandią. Nie szukajcie tej granicy na żadnej mapie. Nowy Wspaniały Świat dopiero powstaje i dokładnych map jeszcze nie ma. Jako pierwsi poznacie historie, których nie usłyszycie od nikogo innego… ”.