Kaczka dziennikarska – rozdział 5: Powieka modelki i dalsze opowiadania

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Rozdział 5: „Powieka modelki” i dalsze opowiadania

Napisanie powieści Maść tygrysia czyli powołanie do medycyny było sporym wydarzeniem rodzinnymi i towarzyskim. Nikt do tej pory czegoś takiego ani w rodzinie ani w szpitalu nie zrobił! Wydrukowałam 50 egzemplarzy i trafiły one w ręce czytelników, będących głównie moimi kolegami z czasów szpitalnych. Czytano, komentowano i chichotano przy lekturze co weselszych fragmentów. Moja córka pewnego dnia powiedziała, że właściwie to każdy potrafi napisać jedną książkę na podstawie własnego życia. Ponieważ uważałam, że stać mnie na więcej niż jedną książkę siadłam do komputera i napisałam opowiadanie Powieka modelki, którego akcja toczy się w Mediolanie w środowisku top modelek…

Fot. Wspomnień modowych czar – w kostiumiku z Mody Polskiej, zdjęcie pokolorowane elektronicznie

Dlaczego Mediolan i modelki? W 1998 roku byłam na kongresie European Society of Hyopertension w Mediolanie, przyglądałam się elegancko ubranej publiczności przemierzającej Galleria Vittorio Emanuele II i zmierzającym prawdopodobnie do opery La Scala. Zderzenie zgrzebnego szpitalnego świata w którym do tej pory przebywałam dniami i nocami z światem nie tylko najnowszej wiedzy medycznej, którą poznawałam na kongresie ale także z top markami ubiorów, torebek, kosmetyków, które oglądałam w Mediolanie musiało zaiskrzyć.

Fot. Powieka modelki

Jak widzimy publikacja drugiej książki także jeszcze pod pseudonimem Krystyna Hal – Hublewska. Aby nie było wątpliwości who is who sporządziłam dokument u notariusza poświadczający, że Krystyna Hal -Hublewska to ja. Gdy po latach czytam opowieści młodych kobiet o przygodach  ze sztucznymi rzęsami i kosmetykami około-ocznymi to mam wrażenie, że moje opowiadanie nie było z gatunku science fiction lecz proroczo wyprzedzało współczesne czasy..

Oko22 660

Rozdział 1

Karnawałowa moda

Nadeszła moda robienia powiek brokatem. Velo zaprojektował nową kolekcję na karnawał i zapowiedział, że każda dziewczyna musi mieć powieki w brokacie. Top-modelki mogły negocjować. Lalunie wynegocjowały sobie brokatowanie tylko dolnej powieki. Takim to dobrze, ale nam, szeregowym wybiegowym, to po prostu wiatr w oczy. Co tam wiatr, pół biedy, najgorszy ten pieprzony brokat. Pół wieczoru go zmywałam. I nic. Siedzi jak rzep. Rano mam iść do fit-clubu, a ten brokat siedzi. Szoruję go czym popadnie. Siedzi i ani drgnie. Musiałam pójść do fitu taka wybrokatowana. Biceps mi mówi:

– Siostro, czy ty nie chodzisz za mocno na skróty?

Myślałam, że go sieknę przez pół. Skróty! Głupol nadęty! Mięśniak napakowany!

– Ty, Biceps, lepiej nie wtykaj nosa w cudzy życiorys, dobra?

Ale fakt, ten brokat tak się świeci, że trudno nic nie powiedzieć. Nie będę latać w tym cholernym brokacie cały dzień. Poćwiczyłam trochę pośladki, bo jakieś obwisłe się robią. Za dużo siedzę nad książkami. Jak zrobię licencjat z zarządzania wybiegiem, to wystartuję na asystentkę samego Velo.

I znowu czyszczę ten brokat. Jakoś szarpnęłam, chyba za mocno, i coś się naderwało. Krew leci. Oko spuchło, jakby mi Biceps przyłożył lewym sierpowym. Kurczę, trzeba coś z tym zrobić. Ale co?

Biceps mówi, że trzeba doktora. Dobra, doktora, ale skąd go wziąć? Chyba pogotowia do brokatu nie będę wołać! Dzwonię do Inez.

– Cześć, Inezka, daj mnie namiary na jakiegoś doktora, tylko żeby dobry był.

– Kate, ale od jakiej części ciała ten doktor ma być? – Inez zawsze jakimś głupim pytaniem potrafi człowieka rozłożyć na łopatki.

– A niby skąd ja mam wiedzieć od jakiej części, przecież ja nie jestem po medycynie, żebym wiedziała takie rzeczy. Mama by wiedziała.

– To idź do Beauty Clinic, tam coś ci poradzą.

Dobra, idę do tej Beauty Clinic. W środku nawet spoko. Ogólnie może być, tylko te głupie siostry w recepcji.

– W czym mogę pani pomóc? – recytuje jedna przez drugą, jak dwie papugi w klatce.

– Oko mi się pruje – mówię. A te głupie papugi – widzę, że chichoczą ze mnie – znowu klepią swoje:

– W czym możemy pani pomóc?

– No przecież wyraźnie mówię, oko mi się pruje, bo naderwałam, jak czyściłam z brokatu.

– Brokatu? – gada jedna przez drugą. – Brokatu?

– Chyba widzicie, że mam brokat na powiekach i dajcie mi szybko jakiegoś doktora, bo mi się spruje do reszty i powieka spadnie wam na blat.

To te papugi głupie mówią, że zaraz dadzą doktora, tylko numer pakietu muszę podać.

– Pakietu? Czyście na łeb upadły? A co ma wspólnego jakiś pakiet z moim okiem? Jaki pakiet mam wykupiony? Nie mam zielonego pojęcia! Nie mam brokatowego pojęcia! Jestem modelką Velo! Czy to wam coś mówi?

– Jeśli jest pani z Domu Mody Velo, to ma pani standard pakiet. Przysługuje pani doktor w standardzie.

– Dawajcie tego w standardzie, bo już mi chyba na włosku wisi ta powieka.

Wchodzę do tego w standardzie. Oczy mu latają. Od góry do dołu przeleciał mnie tymi oczami. Nie chciałabym mu w te oczy zaglądać za często.

– W czym mogę pani pomoc?

O rany, jeszcze jedna tresowana papuga – pomyślałam.

– Chyba pan widzi, że powieka mi się pruje.

– Widzę, widzę – mruknął.

Coś tam poszperał w komputerze i mówi:

– Pani ma standard pakiet, to mogę pani zacerować tylko na okrętkę.

– Na okrętkę? To będzie widać!

– A czego się pani spodziewa po takim szyciu?

– Że nie będzie widać! To chyba jasne! Jestem w końcu modelka Velo!

– Szycie artystyczne jest za dodatkową opłatą.

– Dobra, może być za opłatą. Tylko żeby nie było nic widać.

Położyli mnie pod jakąś lampą do tego szycia za opłatą i coś robią. Może szyją artystycznie. Nie wiem, bo mnie całą zakryli. Po półgodzinie mówią, że koniec. Zaszyte. Tylko muszę mieć przez jeden dzień lewe oko zamknięte takim plastrem. Dobra. Wolę plaster niż brokat. Patrzę tym prawym okiem na tego, co mnie cerował. W pierwszej chwili myślałam, że dostanę zeza. Mój brokat siedzi u doktora na klapie fartucha! Ale heca.

– Hi, hi, doc – ma pan mój brokat na klapie.

A ten jopi się na mnie i zupełnie nie łapie, że ma brokat w klapie. O rany, już gadam do rymu. Może to po tej narkozie. Tylko żebym tak stale nie gadała.

– Pan zobaczy w lustrze, będzie lepiej widać.

Zobaczył. Widzi. Wrzeszczy:

– Receeeeeeeepcja! Nowy fartuch!!!!!!

Wchodzi papuga z recepcji. A ten cały w brokatach wrzeszczy:

– Do pralni proszę zanieść! Co się tak pani gapi, brokatu na fartuchu pani nie widziała?! – drze się do tej papugi.

Spadam. Nic tu po mnie. Trochę świrowato wyglądam z tym plastrem. Ale dobra. Idę spać. Jutro mam wolne.

Budzę się rano. Oko w porzo. Nie pruje się. Trzeba się zająć prezentami. Święta za tydzień, a ja nie mam żadnych prezentów. Mamie kupię szminkę. Dla ojca… co tu, kurczę, dla ojca wykombinować… no, zobaczy się. Lecę po te prezenty. W sklepach tłumy. Może kupię coś na Malpensa1.

Jadę na święta! Tydzień normalnego chodzenia. Tam nie ma wybiegu. O rany! Aż nie chce mi się wierzyć, że to możliwe. Na lotnisko złapałam taxi. Wsiadam, a ten driver drze się, żeby nie trzaskać drzwiami. – Sam nie trzaskaj, ale dziobem – mówię i wysiadam. Nie znoszę ważniaków. Trzasnęłam drzwiami, że chyba szyby wypadły po drugiej stronie ulicy. Inezka mnie nauczyła: nie zostawiaj swojej kasy nieuprzejmym. Święta racja. Grzecznym trzeba być. Tu jest kapitalizm, a nie dyktatura proletariatu. Wiem co to dyktatura proletariatu – ojciec mi mówił. Jak był młody, to w kraju rządził proletariat.

Już tęsknię za moimi starszymi. Rzadko się widzimy. Nie odbierają esemesów. Mówię mamie, że jej kupię taki kurs 3-godzinny Jak odbierać esemesy, które wysyła do nas kochające dziecko, ale ona mówi, że i bez tego kursu wie. Znaczy, że ma kochające dziecko. Mogłaby mama to opanować. Jest zdolna, tylko uparta. Powiedziała sobie nie i koniec.

Proszę miejsce przy oknie. Dają. Tylko co mi z tego miejsca. Pewnie będą same chmury. Nad Alpami trochę trzęsie, ale lądowanie w porzo. Siadł mięciutko.

Ojciec odebrał mnie z lotniska. Jedziemy do domu. Urlop w domu to jak kapsuła narkozy. Działa na wszystkie bóle. Człowieka nic nie boli. Superowa sprawa, taki dom. Jak będę miała własny dom, też tak będzie. Superowo znaczy.

Jutro wigilia. Mama zrobi pierogi z kapustą i pieczarkami. Tylko u mamy są takie pierogi. Tutaj nie robią pierogów, tylko te pizze i pasty. Ravioli to nie to samo, bo wyglądają jak niedorozwinięte pierogi. Nawet słowa takiego nie mają w słowniku. Ich strata.

Mamie kupiłam szminkę, a ojcu kawę. Ciekawe, co oni dla mnie mają.

Ubraliśmy z ojcem choinkę, mama skleja pierogi. Po dwadzieścia na człowieka. Chyba pęknę albo przejdę do wagi ciężkiej. Velo mnie sieknie, jak przytyję. Ale z pierogów nie zrezygnuję. Przy dwunastym czułam, że pękam. Jakoś przemogłam się i wbiłam w siebie dwadzieścia. Po makowcu rozpakowaliśmy prezenty. Dostałam markowego T-shirta.

Pośpiewaliśmy kolędy i fru do łóżka. Jutro śpię do oporu. Żadnych fit-clubów. Jestem teraz dzieckiem. I to jest najbardziej sweet w tych przyjazdach do domu. Żadna dieta, żadne challenge. Nikt nie stawia przede mną zadań, tylko kawę z mlekiem i rogaliki. Nie chcę zadań. Chrzanię zadania nie do wykonania. Kurde, znowu odezwała się ta narkoza.

Śniło mi się, że mam trzy lata i jestem na wakacjach. Ganiam kury po podwórku u babci Heli. Lubiłam ganiać te kury, bo wtedy one tak śmiesznie gdakały. Ale skąd wziąć żywą kurę w Mediolanie? Totalna abstrakcja. Siedzę w łóżku i czytam polskie gazety. Ciągle o coś się kłócą. Nie lubię, jak ludzie się kłócą. Jak będę miała męża, to takiego, który nie będzie się ze mną kłócił.

Powiedziałam mamie o tej powiece, a ona zaraz łapie za słuchawkę i zanim pomyślałam, że głupio robię, umówiła mnie z dr Alicją. Ona leczyła mnie, jak byłam dzieckiem. Znaczy nie leczyła, tylko badała oczy i dobierała okulary. Sprawdzi, czy ten w standardzie wszystko dobrze zrobił. Może to i dobrze. Takiego w standardzie trzeba zawsze sprawdzać.

No to idę do dr Alicji. Przychodzę, a tam sami nieznani ludzie. Grzecznie mówię, że jestem umówiona, a oni jakoś dziwnie gadają.

– Pani pesel, proszę!

– Nie rozumiem, o co pani prosi – mówię grzecznie.

– Pesel, po polsku pani nie rozumie?

– Rozumiem, tylko nie wiem, o co pani chodzi.

– Pesel, rozumie pani, p e s e l – gada w kółko ta papuga.

– Nie rozumiem…

– Jak to pani nie rozumie?

– Zwyczajnie, bez żadnego problemu, nie rozumiem, co pani do mnie mówi.

– Ma pani jakiś dokument potwierdzający ubezpieczenie?

– Jaki dokument? Ja jestem umówiona z dr Alicją. Ona zna mnie od dwudziestu lat i pozna mnie bez dokumentu. Po co komu jakiś dokument?

– Zapytam, czy panią przyjmie, jak pani nie zna peselu.

Czekam chyba z pół godziny. W końcu przychodzi ta papuga. Jopi się na mnie jakbym była jakimś Zulusem z pióropuszem i mówi, że dr Alicja mnie przyjmie. Spoko. Wiedziałam, że tak będzie.

Oko jest w porzo. Ten w standardzie zrobił dobrze. No chyba, że za sto dodatkowych euro powinno być dobrze.

Zrobiłyśmy z dr Alicją sobie cmok-cmok na nowy rok. O rany! Narkoza nie przeszła. Nie, nic nikomu nie powiem. Niech sobie myślą, że tak mi się wypsnęło. Jeszcze mi zrobią dłuższą narkozę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porzo i zacznę mówić całymi księgami, jak w tym Panu Tadeuszu.

Na sylwka idę do Agaty. Będzie trochę ludzi z podstawówki i jacyś kumple Agaty z zarządzania. Sylwek nudziarstwo. Zawsze tak jest. Nie cierpię tego dnia. Dla mnie kalendarz mógłby kończyć się na trzydziestym grudnia. To jest całkiem dobry pomysł. Zgłoszę go do jakiegoś urzędu patentowego. Tylko nie znam adresu.

O dwunastej wypiliśmy szampana. Normalnie nie piję, ale w tego pieprzonego sylwka nie chcę zapeszać nowego roku. Niech tam, jeden kieliszek, nic takiego. W domu byłam przed szóstą. Cały Nowy Rok przespałam, żeby formę złapać. Za trzy dni mam egzamin teoretyczny. Muszę jeszcze trochę podkuć się z teorii wybiegu.

Oko22 100

Rozdział 2

Fashion School2

Hip! hip! hurrrrraaa! Zdałam! Było prościutko. Pytanka – marzenie. Dzwonię do Inezki. Jakie miałam pytania? Inezka, mowię ci, tak zafarciłam, że nawet jakby krowę wypuścił na wybieg, to też by jej poszło dobrze. Słuchaj, Inezka, miałam tak:

pierwsze – krok na wybiegu podstawowy i na specjalne okazje,

drugie – zarządzanie mimiką na wybiegu,

trzecie – rodzaje ukłonów na zakończenie pokazu.

No widzisz, Inezka, prostota. Nawet dziecko by odpowiedziało. Nie szarp sobie nerwów. Też ci pójdzie dobrze. Uważaj na tę Princessę. Trochę przypiera do muru.

Idę do domu. W windzie przypomniałam sobie, że nie odebrałam z pralni sweterka. Wracam. W kolejce chyba ze cztery osoby i jakieś zamieszanie.

– Co się stało? – pytam starszego gościa przed mną.

– Coś im wlazło w maszynę, w której piorą białe rzeczy i się zablokowała.

– To co z tego, że biała się zablokowała. Ja potrzebuję mój czerwony sweterek.

Gościu mówi, że jakiś alarm się włączył i muszą oczyścić i odblokować. Jak alarm, to co innego.

Ten rudy, co zawsze przyjmuje ciuchy, kręci w tej długiej rurze do prania białych rzeczy. Jakimś takim długim, jakby kijem. Po dziesięciu minutach zapaliły się zielone klawisze na górze tej rury.

– Dobra, oczyszczone – mówi rudy.

Patrzę na rudego i już wiem, że nie ma tu żadnego dobra. Na końcu kija siedzi mój brokat.

– Bracie, masz brokat na kiju – mówię. – Uważaj na niego, bo skacze.

– W czym mogę pani pomóc? – ględzi rudy.

– Bracie, to ja ci mogę pomoc – mówię. – Uważaj na brokat na kiju.

– Słucham panią? – rudy pochylił się do przodu niby z troską. – W czym mogę pani pomoc? – klepie w kółko.

– Uważaj, bo ci brokat naskoczy na oko – tłumaczę rudemu. – Odsuń kij od oka.

Rudy chyba pomyślał, że jestem naspawana i już mnie nie obsługuje. Pochyla się w stronę następnej osoby. I znowu swoje.

– W czym mogę panu pomóc? – ględzi swoją mantrę.

– Ty, rudy, zanim zaczniesz pomagać innym, pomóż sobie – mówię. – Masz brokat na powiece. I coś ci powiem: nie mów do ludzi „w czym mogę pani pomoc?”, jak naprawdę nie chcesz tego robić. Bo ci brokat skoczy w oczy.

O rany, znowu gadam do rymu. To musi być po tej narkozie. Chyba nie po brokacie…

Inez mówi, że muszę mieć psa. Będę miała do kogo wracać. No i co z tego, że będę miała do kogo wracać? Czy taki kundel zaniesie mi walizki na dworzec albo pójdzie ze mną na dicho? Nie zaniesie i nie pójdzie. Wolałabym wracać do Bicepsa. Ale to skończone. Lubię wpaść do fitu, niech się Biceps napatrzy, co stracił. Ale żadnego narzucania się.

Ciekawe, ile taki pies może kosztować? Nie mam chyba tyle kasy do puszczenia. Zresztą muszę kupić różowe trampki do fitu. Chodzę w granatowych. Kto dziś nosi granatowe trampki? Chyba tylko ciotki emerytki. Coś mi miga. Aha! Inez pisze. Ciekawe, co?

ZAREZERWOWALAM CI DOGA DE BORDEAUX.

Kurde! Co to znaczy zarezerwowałam? Czy to jest bilet na koncert? Psa mi zarezerwowała! Lubię Inezkę, ale tym razem to już przeholowała. Ciekawe, ile kasy taki de kundel pożre? No właśnie, co taki bydlak żre? Nie mam pojęcia. Nigdy nie hodowałam żadnych zwierząt.

ILE KOSZTUJE TEN KUNDEL?

Przecież nie mogę tak z biegu kupić psa.

TRZYSTA EURO. OKAZJA.

Inez oszalała. Jaka to okazja za trzysta euro? Muszę wieczorem do niej zadzwonić.

– Cześć, Inezka, co z tym kundlem czy tam dogiem de kunel? – pytam grzecznie.

– Dobrze, że dzwonisz! Oni trzymają doga dla ciebie do jutra. Musisz zgłosić się i odebrać Ferdynanda.

– Kogo, Inez? Ferdynanda?

Nie dość, że mam psa, którego nie widziałam, to jeszcze on ma imię, o którym pierwsze słyszę!

– Tak, Ferdynand, ale reaguje też na Feri. Nie denerwuj się – szczebiocze ta durna Inezka – jest rodowodowy i zapowiada się, że będzie bardzo dobrze ułożony. Mówią, że jak urośnie, to samym wyglądem będzie budził respekt. Nikt ci nie podskoczy. Nawet Biceps.

– Inez, oszalałaś. To są poważne symptomy, że oszalałaś. Może zamówię ci u tych papug w Beauty Clinic jakiegoś psychologa?

– Tylko się nie spóźnij, bo sprzedadzą komuś innemu – klepie durna Inez.

– Coooo, komuś innemu mojego doga? Biorę! Ale nie mam gotówki. Czy, jak myślisz, mogę za niego zapłacić kartą?

– Coś ty, gotówa. Cash only9! – Inez uważa, że ja noszę 300 euro na drobne wydatki w każdej kieszeni.

– Inez, a dlaczego ja nie mogę zapłacić kartą? – pytam grzecznie.

– A gdzie pies ma kod kresowy? – pyta mnie ta durna Inez. – Jak go wczytać do kasy, co?

No fakt, nie pomyślałam o kodzie kreskowym. Kurde, muszę rano wstąpić do banku po cash.

– Dobra, śpij spokojnie. Kupię tego Ferdynanda. Raz się żyje!

Rano zatankowałam cash w banku i pojechałam zobaczyć kundla. Drzwi otworzyła jakaś rodowodowa damulka, cała w biżuterii. Wglądała, jakby miała na sobie dwie gabloty od jubilera. A to sfery! Jeszcze lepsze niż na pokazach.

– Dzień dobry szanownej pani – ćwierkam elegancko – ja w sprawie zakupu Ferdynanda.

Witam panią! Proszę spocząć. Zaraz poproszę asystenta, aby zaprezentował pani Ferdynanda.

Tak… hm… dziękuję… oczywiście… poczekam na prezentację – odpowiadam grzecznie.

Wchodzi taki szczapowaty, metr dziewięćdziesiąt. Na smyczy trzyma rude, smutne stworzenie z obwisłą mordą. Nawet sympatyczny. Ferdynand, oczywiście że Ferdynand, a nie ten asystent. Ględzi coś o uszach, nogach, nozdrzach, jakby ten pies składał się z oddzielnych części. Przecież ja nie kupuję części do psa, tylko psa w całości.

– Dobra – mówię – czy mogę zobaczyć jak on biega?

– Ależ oczywiście – za chwilę nastąpi prezentacja dynamiczna. Jeszcze mamy trzy punkty prezentacji statycznej.

Procedury. Nie ma rady. Skończył wreszcie. Puścił Ferdynanda na podłogę. Pies rozejrzał się, jakby trochę był w pierwszej chwili zagubiony, po czym lekko machając ogonem ruszył w moją stronę. Spojrzał mi w oczy. Rekord świata w smutku. Morda zwisa niczym biust Princessy. Hi, hi – dobre, myślę sobie. Za tę obwisłą mordę można go polubić. Obwąchał moje granatowe trampki. Chyba mu się podobały. Nadepnął trochę niezdarnie na lewy but. Znieruchomiałam. Co on sobie myśli, że moja lewa noga jest do wdrapywania… Kurde, on myśli coś jeszcze więcej… no nie… on myśli, że moja lewa noga jest… no, nie! Nasikał mi na lewy but! Nie dość tego, posyła mi tak smutne spojrzenie, że nawet wiem, co chce mi powiedzieć: Siostro, wybacz, to wszystko z nerwów… czy mnie zechcesz?

– Madame, on nasikał mi na lewy but – mówię do tej kolekcji biżuterii.

– Ah, to z radości, że znalazł swoją panią – mówi kolekcja.

– No cóż, podzielam jego radość – powiadam. Płacę. Odbieram dokumenty. Żegnam się.

Jedziemy z Ferdynandem do domu. Kurde, ale co ja mu dam na kolację? Przecież nie wstąpię z nim do knajpy. O rany, ta głupia Inezka to zawsze mnie w coś wpakuje!

– Cześć, Inezka, co ten de Boredeaux czy tam de Riesling von Kundell ma w zwyczaju jadać na kolację? Na zimno czy na gorąco? Nożem i widelcem na porcelanie, skoro taki z niego rodowodowy przypadek? A może zwyczajnie z miski? Wiozę go do domu, a nie mam pojęcia, czym go podjąć na kolację. Ratuj, Inezka, i dzwoń do tej gabloty biżuterii. Zapytaj, co Ferdynand żre, dobra?

– Dobra, dobra. Zaraz się wywiem. Bez nerw, siostro.

– Siostro, nie denerwuj się – za chwilę gada Inezka – masz wszystko w tych papierach napisane. Mówiłam ci, to firma solidna i dają instrukcję obsługi swojego produktu.

Po drodze wstępuję do sklepu po kolację. Ja w dziale psiej żywności, no nie, koniec świata. Znajduję coś wymienionego w menu. Dobra, jedzenie z głowy. Ale, zaraz, zaraz, gdzie on będzie spał? Jakieś nowe umeblowanie chyba potrzebne. A może położę mu coś na podłodze? Jakoś będzie.

– Ferdynandzie, życzę ci dobrej nocy – powiadam do gada. – Pani udaje się na spoczynek. Twoje zaś miejsce jest w przedpokoju.

Jakoś dał się przekonać.

Zawsze mam dobry sen, ale dziś nad ranem czuję się jakoś inaczej. Nie mogę spać, czy co? Kręcę się, zmieniam poduszkę. Nic nie pomaga. Trudno, trzeba będzie wstać.

Otwieram oczy i już wiem, co nie daje mi spać. Ferdynand siedzi przy łóżku i patrzy. Gapi się tymi swoimi bezbrzeżnie smutnymi oczami i ani drgnie. Siedzi jak wyrzut sumienia.

Patrzę na Ferdynanda zaspana. Przecieram oczy, może zniknie. Nic z tego, siedzi dalej. To jest rzeczywistość. Dobrze mnie wychowano, wiem, że rano należy przywitać się, więc mówię mu:

– Witaj, Smutku! 3

Wydobył jakiś pisk czy mruczenie gdzieś z głębi tego rudego ciała. Zrozumiałam. Powiedział do mnie tak, jak mówią w domu: Cześć, Kiciu! – chociaż wcale nie jestem żadnym kotem, tylko Katarzyną. Że też mu przez te psie gardło przeszło to Kiciu, mógłby pomyśleć, że jestem kotem, skoro mam taka ksywkę. Ale zdolna bestia, wszystko pokapował jak należy. Kiciu mówią na mnie w domu. W Mediolanie jestem Kate.

– Ferdynandzie, spadaj do przedpokoju, bo będę się przebierać i nie podglądaj swojej pani – gadam do niego. Nawet śmieszna sprawa, mieć tak od rano do kogo pogadać. Ale coś ten rudzielec nie rusza się. Podejrzanie kręci ogonem. Aha! już wiem. Muszę z nim wyjść na dwór. O, kurde! jogging co ranka! – zupełnie o tym nie pomyślałam, że to stworzenie musi być wyprowadzane. Ta Inezka zawsze mnie wpuści w kanał. No, ale trudno. Ubieram się byle jak i grzejemy na dwór. Polatałam sobie trochę z Ferdynandem po parku. Załatwiliśmy co trzeba i myk na śniadanko. Skoro już gadamy, to chyba zjemy to śniadanie razem.

Wchodzę do kuchni. Ferdynand lezie za mną. Jak on pokapował, że będziemy jeść śniadanie? Ciekawe, co sobie myśli? Pewnie czy umiem gotować? Każdemu samcowi to dwie rzeczy w głowie. Jedna to wiadomo co, a druga czy kobieta umie gotować.

– Otóż, Ferdynandzie, gotuję rzeczy podstawowe. Będzie u nas standard pakiet w jedzeniu, tak jak w Beauty Clinic w leczeniu.

O rany, znowu gadam do rymu. Coś ta narkoza długo działa na mój mózg. Może mam jakieś nietypowe zwoje? Kto wie? Właściwe to nikt nie wie, jaki ma mózg i co w nim siedzi. Na przykład mama myślała, że pójdę na medycynę. Wszyscy lekarze tak myślą. Jak urodzą sobie dziecko, to zaraz myślą, że urodził się im mały lekarz. Taki zestaw do zabawy. A ja zostałam modelką. Trochę było obciachowo na początku, ale rodzice już się pogodzili, że zestaw „Mały lekarz” im nie wyszedł.

– A więc, Ferdynandzie, żadne tam wyszukane dania, ale z głodu nie zginiemy. Masz tu swoje śniadanie. Ja zjem owoce i wypiję kawę.

Kurde, przecież ja do niego ciągle gadam, jakby był człowiekiem. Czy to normalne? Może to ja powinnam iść do tego psychologa w Beauty Clinic, a nie Inezka?

Oko22 100

Rozdział 3

Spotkanie klubowe

O szóstej mamy spotkanie naszej paczki, którą nazwałyśmy Audience Club 4. Zbieramy się zawsze w pasażu Vittorio Emanuele. Przychodzi Inezka, Tania, Bona, no i ja. Czasami pozwalamy przyjść Mimi, ale ona dopiero kandyduje do naszej paczki. Siadamy sobie w café u Gianniego, zamawiamy lody i gapimy się na publiczność przechodzącą przez pasaż. My siedzimy i patrzymy, a publiczność idzie. I to nas najbardziej śmieszy.

Jak jest premiera w La Scali, to wybieg jest taki, że normalnie można dostać oczopląsu. Audience włoska jest ubrana po prostu superowo i odlotowo. Nie wiadomo na kogo patrzeć. Z kolei jak idą Japończycy, to po prostu jeden oczosłup. Wszyscy jakby mieli jakieś garniturki. Oni się nie ubierają, oni fasują sorty mundurowe.

Przeszła parada na przedstawienie do La Scali. Teraz będą zbłąkani turyści nisko- oraz średniobudżetowi. Obejrzą pasaż i pójdą na kolację do „emca” 5. My – nasza paczka z Velo Moda – nie jadamy takich tłustych rzeczy. Velo wymaga wagi do pięćdziesiątki. Nawet Princessa chyba nie ma więcej. Inna sprawa, że w swoim wieku mogłaby wyglądać trochę grubiej. Ciekawe, ile lat ma tak naprawdę, ale pewnie to nie do ustalenia. Metryki zginęły w czasie zawieruchy wojennej – powiedziałby tata. Biusty to ma płaskie jak dwa placki kartoflane przypięte agrafkami do klatki piersiowej. Tak właśnie mówi się fachowo – do klatki piersiowej. Znam takie słowa medyczne od mamy. Jak byłam kiedyś na kursie angielskiego, to tylko ja z całej grupy wiedziałam, jak jest kręgosłup po angielsku. Czasem dla śmiechu z tatą uczyliśmy się różnych dziwnych słów medycznych. Najbardziej lubię: pierścień cyklopentanoperhydrofenantrenowy. A najśmieszniejsze to jest enzymy inhibitora konwertującego angiotensynę, czyli ACE. Nic nie rozumiem, ale fajnie brzmi. Mama mówi, że niektórzy to wymawią „acze” i zawsze się śmieje, bo „acze” to płyn do szorowania, a nie żaden enzym.

Lubię trochę pobajerować. Mam to po mamie, która jest mistrzynią kitu i bajeru wagi ciężkiej. Fakt, bajerować potrafi jak nikt na świecie. Smutno bez moich starszych. Ale nie ma rady. Muszę ten rok jeszcze wytrzymać, a potem zobaczymy.

Zbliżają się urodziny Inezki. Audience Club postanowił, że kupimy jej psa. Inezka ciągle lata z moim Ferdynandem po parku. Musi mieć swojego psa i już. Nie wolno zabierać cudzego psa ciągle na spacer. We łbie mu się kołuje. Nie wie, kto jest jego panem, to jest panią. Dzwonimy do tej gabloty biżuterii.

– Dzień dobry, tu Kate od Ferdynanda, czy mogę prosić panią Mirocou?

– Witam panią, Kate, tu Mirocou – gada Gablota, jakby ukończyła szkołę dykcji na specjalne okazje. – W czym mogę pani pomóc?

O rany, niebezpieczna sprawa. Jeszcze przywlecze jakiś brokat… skoczy na psa i będzie po nim. Przecież takiego psa do tej rury w pralni u rudego się nie wrzuci. Skracam tę dyskusję do minimum.

– Szanowna pani – powiadam elegancko – chcemy kupić drugiego psa rasy dog de Bordeaux dla Inez na urodziny.

– Och, jaki uroczy pomysł – ględzi Gablota – ale niestety dogi de Bordeaux się skończyły.

– Jak to się skończyły? Czy to jakaś krótka seria? – pytam.

– Mademoiselle Kate, u nas nie ma żadnych serii. Każdy pies z naszej hodowli jest wielką indywidualnością, będącą owocem wysiłku naszych hodowców oraz psychologów, którzy kształtują osobowość psa nieomal już od urodzenia. Jest nawet jedna sesja psychologiczna dla suczki przed porodem. Oswajamy ją ze stresem tego wielkiego wydarzenia. Nasze dogi de Bordeaux muszą mieć poczucie, że są akceptowane w każdej chwili. To podstawa ich osobowości. Emanuje z nich dobrze wyważona mieszanka pewności i spokoju. Zapewne zauważa pani te cechy u Ferdynanda?

– Zauważam, i owszem – odpowiadam. – Ferdynand ma absolutną pewność, że zawsze pierwsze co rano zrobię, to spacer z nim. Nie muszę się zastanawiać nad poranną fryzurą. Od kiedy mam Ferdynanda, lansuję fryzurę „out of bed” 6 oraz makijaż „just after shower” 7.

– Ach, jak pani to uroczo określiła – klepie Gablota. – Może zdecydowałyby się panie na psa rasy shar-pei? Jest wizualnie dość podobny do doga de Bordeaux. Zapraszam na prezentację.

– Można jutro po południu? – pytam grzecznie.

– Zapraszam na 18.00 – mówi Gablota. – A zatem do zobaczenia.

Po południu jedziemy zobaczyć tego psa dla Inezki. Otwiera asystent.

– Witam panie. Jest mi niezmiernie miło – powiada.

– Witamy pana. Nam jest niezmierniej niż panu – wypsnęło mi się zupełnie bez sensu, ale facet ani drgnął. Widać Gablota dobrze go wytresowała. Tania chichocze wewnętrznie. Mona udaje posąg grecki. Za chwilę przychodzi sama Gablota.

– Jakże się cieszę, mademoiselle Kate, że zechciała pani wraz z koleżankami nas ponownie odwiedzić. Dla pani Inez proponuję suczkę Konstancję rasy shar-pei. Muszę paniom powiedzieć, że Konstancja, tak jak każdy shar-pei, jest psem tylko jednego pana. Jeśli pani Inez mieszka sama, to nawet dobrze się składa. Brak identyfikacji z osobą pana może wywołać poważne zaburzenia nerwicowe.

– Czy Konstancja już nadaje się do odebrania? – pytam, bo jak za długo tu będą ją trzymać, to dostanie jeszcze nerwicy przez Gablotę.

– Konstancja jest jeszcze młoda i powinna przejść szkolenie – odpowiada Gablota. – Gdyby panie zdecydowały się ją nabyć wcześniej, przekażemy adres szkoły dla młodych psów prowadzącej szkolenie motywacyjne. Jeżeli trener tego nie uwzględni, może wywołać nieodwracalne zmiany w rozwoju dobrze ułożonej osobowości.

– Czy może nam pani powiedzieć coś o żywieniu tych psów? – wtrącam nieśmiało.

– Oczywiście. Najlepiej podawać produkty z serii „Królewskie posiłki”. No i ważna jest pielęgnacja. Fałdy i uszy to delikatne części każdego shar-peia.

– Fałdy? – pytam trochę zdziwiona.

– Tak, łatwo ulegają alergii, jeżeli pies dostaje niewłaściwe pożywienie. Wszystko będzie w dokumentach.

Asystent wprowadza Konstancję. Jest w porzo. Zafałdowana jeszcze bardziej niż Ferdynand. Ciekawe, czy polubią się, znaczy Konstancja i Ferdynand.

– Droga Kate – klepie Gablota – najlepiej byłoby dla Konstancji, aby przeszła wstępne szkolenie w ramach pobytu w naszej hodowli. Będzie więc za jakiś tydzień.

– Jeśli tak pani radzi, to zgłosimy się po nią po szkoleniu.

Oko22 100

Rozdział 4

Tajemnicza postać

Siedzimy sobie przed gabinetem Princessy. Mamy dziś rozmawiać, co z nami dalej będzie. Egzaminy mamy zdane, więc formalnie już do szkoły nie chodzimy, ale Princessa ma ambicje, żeby dziewczyny dobrze ulokować. Już jest nasza pora wejścia, ale Princessa ciągle zajęta. Ciekawe, dlaczego zajęta. Po kwadransie pytamy Mimi, asystentkę Princessy.

– Mimi, powiedz, dlaczego Princessa jest ciągle zajęta?

– No, wiecie, dziewczyny…

– Mimi, nie kręć! Gadaj prawdę i patrz mi w oczy jak mówisz – rozkazuję.

– Kiedy ja… kiedy mnie… kiedy ja… – Mimi plącze się w zeznaniach.

– Gadaj prawdę, kto jest u Princessy – mówię.

– Nie wiem, naprawdę, dziewczyny, nie wiem – zaklina się Mimi.

– Dobrze wiesz, tylko nie jesteś dobrą koleżanką. Opóźnimy ci przyjęcie do Audience clubu może nawet o pół roku.

– Przyszedł, kurczę, nie wiem jak to po włosku powiedzieć – plącze się Mimi.

– Gadaj po angielsku – będzie prościej – mówię.

– Przyszedł „man with a black suitcase” 8 – szepcze Mimi.

– To musi być agent. Jeśli ma czarną teczkę, to bez dwóch zdań tajny agent. Miał wąsy? – pytam dla porządku.

– O rany, Kate, a ty skąd wiesz, że miał wąsy – szepcze Mimi głosem pełnym podziwu.

– Mimi, agent bez wąsów to jak pizza bez blatu, to jak makaron bez sosu, a może nawet jak… jak Mediolan bez Duomo – oświadczam z całą powagą.

Siedzimy jeszcze pół godziny pod gabinetem Princessy, ale tajemniczy osobnik z czarną teczką nie wychodzi.

– Dziewczyny, a może on przyszedł nas wykupić za gotówkę? – pyta Mona.

– Jak to wykupić za gotówkę? – Mimi to nie rozumie połowy rzeczy, której się dzisiaj na świecie dzieją.

– Mimi, może jakaś mafia nas wykupi za brudne pieniądze i dlatego płacą gotówką – tłumaczę jak dziecku. Ciekawe, czy kupią interes razem z Princessą? Może wystawią ją na sprzedaż? Kupiłabym sobie Princessę. A co tam, raz się żyje! Może jeszcze trochę bym negocjowała cenę. Wytknęłabym wszystkie mankamenty: szpetny charakter, płaski biust, szkaradną biżuterię. Może jakieś 10% jeszcze by opuścili? Ciekawe, za ile poszłaby taka Princessa?

Wreszcie wyszedł ten tajemniczy gość z czarną teczką. Princessa ma jakiś dziwny wyraz twarzy. Ni to ucieszona, ni to wystraszona.

– Dziewczęta, zaszły niespodziewane okoliczności. Chętnie się z wami spotkam, ale jutro. Muszę jeszcze wszystko dobrze przemyśleć. Niewykluczone, że będziemy dalej współpracować.

– Madame, co to znaczy będziemy dalej współpracować? Niech nam pani coś dziś powie – prosi Tania.

– Dziewczęta, dziś jeszcze jest za wcześnie. Może za dwa tygodnie wszystko będę miała przemyślane. Postanowione!

Jak Princessa powie to swoje „postanowione”, to nawet trzęsienie ziemi nie zmieni jej planów. Kurde! Powiedziała dwa tygodnie! To może wyskoczę do domu? Nie ma teraz żadnych pokazów. Inezka zajęłaby się Ferdynandem, to jej dobrze zrobi, zanim dostanie Konstancję. Dzwonię wieczorem do niej, żeby obgadać sprawę.

– Inezka – mówię – skoczyłabym do domu, bo Princessa coś dla nas szykuje, ale nie chce na razie nic powiedzieć. Zajmiesz się Ferdynandem, dobra? Bo wiesz, za dużo kłopotu z wożeniem się z nim samolotem.

– Dobra, zajmę się – mówi Inez. Wiedziałam, porządna z niej koleżanka.

Kupuję bilet do Warszawy i fruuu… lecę. Jutro będę w domu.

Przyleciałam przed północą. Tata odebrał mnie z lotniska. Mama i Maniula czekały w domu. Maniula obcięła sobie włosy. Zawsze miała takie długie, a teraz ma króciutkie. Mama mówi, że ma nową córkę przez tę fryzurę Maniuli. Śmiesznie Maniula wygląda, jak mama na zdjęciach z okresu studiów. Maniula to jest dopiero modelka! Zaczęła właśnie studia na hungarystyce. Właściwie po co jej ta hungarystyka? Ale ona taka jest, grzebałaby się w językach od rana do nocy. Im dziwniejszy język, tym Maniula bardziej rozmarzona.

Ciekawe, dlaczego żadna z nas nie poszła na medycynę? Ale mama wcale na to nie nalegała.

Maniula przeciągnęła się, ziewnęła i zobaczywszy siostrę śpiącą na sąsiednim łóżku, skoczyła się przywitać:

– Jó napot kívánok! 9 – zawołała dumna ze swych umiejętności wysławiania się po węgiersku.

Kate, obudzona zupełnie niespodziewanie, nie bardzo wiedziała, co się dzieje.

– Jó napot kívánok! – ponownie zawołała Maniula na powitanie siostry. –­ Szervusz! 10

– Maniula, ty mówisz przez sen czy po węgiersku? – zapytała Kate całkiem przytomnie jak na osobę, która jeszcze chwilę temu spała głębokim młodzieńczym snem.

– Po węgiersku, Kiciu! Po węgiersku! – wołała Maniula.

Gadały jedna przez drugą dobrą godzinę, po czym zgłodniałe zawołały chórem:

– Gdzie jest nasze śniadanie? Mima, Mima! daj nam coś do jedzenia!

Brak odpowiedzi oznaczał, że matki nie ma w domu. W łazience przy lustrze wisiała kartka z komunikatem: „Jestem w klinice. Śniadanie na stole w kuchni”.

Maniula i Kate chichocząc, pobiegły do kuchni. Czekały na nie dwie miseczki owoców i stos kanapek z serem. Wchłonęły wszystko w ciągu kwadransa, po czym z kubeczkami kawy przeniosły się na obejrzenie prognozy pogody.

Princessa nie mogła znaleźć sobie miejsca. Krążyła po gabinecie, przywoływała co kwadrans Mimi, po czym odprawiała ją, nie wydając żadnych zleceń. Mimi jeszcze nie widziała szefowej w takim stanie.

To musi mieć związek z tym tajemniczym agentem – pomyślała Mimi, właściwie była tego prawie pewna. – Tylko dlaczego ona jest taka zdenerwowana?

– Mimi, połącz mnie z Tanią. – Princessa w końcu zdecydowała się zrobić coś konkretnego.

– Tak jest, madame! – Mimi, absolwentka szkoły dla sekretarek, zgodnie z założeniami swojej placówki edukacyjnej recytowała formułki na każdą okazję szybciej niż myślała. Z kim ją mam połączyć? Z Tanią czy z Kate? Kurde, zapomniałam. Jak zapytam, to mnie rozszarpie na drobniutkie kawałeczki. Jak nic, rozszarpie. Chyba z Kate? A może z Tanią? Połączę z Kate, pewnie nie zdążyła jej przekazać czegoś przed wyjazdem.

– Cześć, Kate – zaćwierkała słodko Mimi – szefowa chce z tobą rozmawiać.

– Ze mną? – Kate nie mogła uwierzyć – przecież jeszcze wczoraj nie chciała powiedzieć ani słowa. No, ale może jej się odmieniło. Dawaj, Mimi, tego potwora – bohatersko zadeklarowała Kate.

– Taniu – głos Princessy ociekał miodem najsłodszym z całej pasieki – chciałabym, abyście obie z Kate pojechały na pokaz do Nowego Jorku.

– Madame – jakieś trzaski, szumy, gwizdy, przerywane w pół słowa nie dawały szans na wyjaśnienie choćby jedna sylabą – ja… nie…

– Mimi, pomylona dziewczyno, czy ty wiesz, co robisz? – wrzasnęła Kate do słuchawki.

– Co, Kate? Co ja robię? Łączę rozmowę – Mimi żyła na jakiejś innej planecie.

– Mimi, ty żyjesz na planecie pomyłek! – Kate nie wiedziała, jak jej objaśnić pomyłkę w połączeniu.

– Jakiej planecie? ja nic nie rozumiem.

– To widać gołym okiem, nie musisz się tłumaczyć. Mimi, czy ty kojarzysz, że Princessa chciała rozmawiać z Tanią, a połączyłaś ją ze mną?

– To ja nie połączyłam madame z Tanią? – najwyraźniej ośrodki kojarzenia w mózgu Mimi były w stanie głębokiego uśpienia, jeśli w ogóle kiedykolwiek się wybudzały.

– Mimi, słuchaj uważnie: Princessa chciała rozmawiać z Tanią, a ty ją połączyłaś ze mną – Kate powoli i wyraźnie objaśniła sytuację.

– No to ja się pakuję i nie wrócę jutro do pracy – jęknęła Mimi.

– Bez pośpiechu, siostro, spakować się zawsze zdążysz. Powiedz Tani, żeby do mnie zadzwoniła. Coś wymyślimy – Kate była nastawiona twórczo wobec dziwnej sytuacji, w jakiej się znalazła.

– Mimi, połącz mnie teraz z Kate – zarządziła Princessa.

– Tak, jest Madame – Mimi gorliwie recytowała gotowość do wykonania zadania.

– Kate, bądź dobrą koleżanką i udawaj, że to twoja pierwsza rozmowa z szefową, dobra? – jęknęła Mimi.

– Dobra, dobra. Tylko muszę się dowiedzieć, o co chodzi – pragmatycznie stwierdziła Kate.

– Droga Kate – Princessa zawsze zaczynała poważne rozmowy od zadeklarowania zażyłości z modelką – mam dla ciebie propozycję. To znaczy… jest ona częściowo skierowana do ciebie, a częściowo do Tani… to znaczy do was obu.

– Tak, madame? – Kate wsłuchiwała się uważnie w każde słowo szefowej.

– Chciałabym, abyście z Tanią wzięły udział w pokazie w Nowym Jorku. Jedna z was prawdopodobnie będzie prezentowała suknię ślubną. Jest też możliwość podpisania dla was obu kontraktu w domem mody Black&Red. Chciałabym, aby Tania poleciała do Nowego Jorku już za tydzień, a ty dołączysz do niej po powrocie z domu.

– Tak, madame – oczywiście, dziękuję – automatycznie, niczym Mimi, odpowiadała Kate.

Jadę do Nowego Jorku! Co za fart! I do tego suknia ślubna! Ciekawe, kogo wybiorą? Mnie czy Tanię? Podobno suknię ślubną zakłada się tylko raz… kurde… jak to tylko raz? Jak to tylko raz? Co to za głupie przesądy? No nie, to jakaś przedpotopowa bzdura!

Wracam do Mediolanu. Odbieram Ferdynanda od Inezki. Nawet dobrze się składa, bo już jutro będzie miała swoją Konstancję. Kurde, a co ja zrobię z Ferdynandem? Przecież go nie zabiorę do Ameryki. Muszę poradzić się tej Gabloty, jak rozwiązać ten problem.

Dzwonię do madame Mirocou i wykładam sprawę. Obiecuje znaleźć odpowiedniego nabywcę. Kamień z serca, że Ferdynand trafi w starannie dobrane ręce – jak określiła Gablota. Obiecuje, że jutro odbierze go z mojego mieszkania asystent. Będę myślała, że Ferdynand wyszedł na spacer do parku.

Oko22 100

Rozdział 5

Poranek w parku

Zbieram swoje rzeczy. Udało mi się spakować w dwie walizki. Jadę na Malpensa. Patrzę na tablicę lotów. Nowy Jork opóźniony o dwie godziny. Ciekawe dlaczego. Nie lubię takich komunikatów. Po dwóch godzinach ogłaszają, że jest burza nad Atlantykiem. Niedobrze. Coś mi się zdaję, że nie polecę. Około północy odwołują lot. Mogliby wcześniej powiedzieć. Pojechałabym Malpensa Express, z dworca Cadorna mam dwa kroki do domu. To znaczy miałam. Muszę wlec się autobusem. Nie wiem, gdzie te autobusy się zatrzymują. Pojadę do Inezki.

O drugiej w nocy dzwonię do drzwi Inezki. Otwiera mi zaspana.

– Co tu, siostro, robisz o tej porze? Powinnaś być na środku Atlantyku!

– Inez, odwołali lot, bo jakaś burza szaleje. Czy mogę się u ciebie przespać? Jutro coś sobie poszukam.

Rano dzwonię do mamy:

– Wiesz, że w końcu nie poleciałam do Nowego Jorku? Kontrakt przepadł. Może prezentowałabym ślubną suknię w wiosennej kolekcji.

– Córeńko – lubię jak mama tak do mnie mówi – nie martw się, widocznie tak miało być. Zapamiętaj: życie to jest bardzo długi wybieg. Na pewno coś innego ci sądzone.

– Tak, mamo, tak – mruczę niewyraźnie pod nosem.

Chyba pójdę po gazety, może coś piszą o tej burzy nad Atlantykiem.

– Siostro – woła Inezka, jak to ona zawsze, chociaż wcale nie jesteśmy żadnymi siostrami. Moja prawdziwa siostra ma na imię Maniula. – Może weźmiesz Konstancję na spacer, skoro wychodzisz na zewnątrz? Ja trochę jeszcze poleżę.

– Dobra, czemu nie? Ciekawe, jak czuje się Ferdynand. Tęsknię za nim. Można się przyzwyczaić, nawet do rannego latania po Giardini Publici.

– Konstancjo! – wołam. – Przygotuj się na poranną sesję na wybiegu.

Idziemy do parku. Właściwie to wleczemy się. Kurczę, sznurowadło mi się rozwiązało.

– Konstancjo, poczekaj.

Sznuruję ten but. Przypomniało mi się, jak nie mogłam nauczyć się zawiązywać sznurowadeł na kokardkę i domagałam się od rodziców butów tylko na rzepy. Już prawie zawiązałam. Nagle głupia Konstancja szarpnęła smycz z siłą stu shar-pei. Nie zdążyłam nawet wydać jej jakiejś komendy. Leżę jak długa w kałuży na środku alejki parkowej. To już nie jest jeden pech z odwołanym lotem. To jest epidemia, pandemia, czy jak tam się te masowe nieszczęścia nazywają. Mama by wiedziała.

– Czy mogę pani pomóc? – dobiega do kałuży niebiańsko piękny Głos. Podnoszę zabłocone spojrzenie w górę. Kurczę, będę codziennie rzucać się do tej kałuży, żeby mi ten Głos pomagał. Olśnienie, że marzenie to może być spełnienie. Leżę w tej kałuży i ćwierkam słodko:

– Och, dziękuję, rzeczywiście trochę męskiej pomocy by się przydało.

Głos wyłowił mnie z kałuży. Wyjął jakieś chusteczki i ochoczo odbłoca mnie z tego, co przylgnęło do mnie niczym brokat. Kurde, a może to jakiś brokat zmutowany genetycznie? Teraz wszystko jest możliwe. Nie, coś bredzę, to na pewno jeszcze ta narkoza.

Trochę się uporządkowałam. Głos nie znika.

– Pozwoli pani, że się przedstawię, zwłaszcza że nasze psy już to zrobiły – powiada. – Jestem Mark Wunderbar.

O kurczę! Trudno o lepsze nazwisko. Sylwetka jak z wybiegu, metr osiemdziesiąt, słodka czarna grzywka nad śniadym czołem i roześmiane niebieskie oczy. Wunderbar… wunderbar11 … – a jak może się inaczej nazywać ktoś tak nieskończenie piękny? Chyba znowu wpadnę do kałuży i trochę poleżę. Może wyciągnie mnie jeszcze raz? – myślę szybko. Nie… nie rzucę się do kałuży… zemdleję… lepiej będzie, jak po prostu zemdleję. Przecież on ma Ferdynanda! Mojego Ferdynanda!!!

Mój de kundell już przywitał się z Konstancją. Leci teraz do mnie. Feri, kochany! Witamy się, całujemy. Mark patrzy na nas zdziwiony.

­– Państwo się znają, że się tak wyrażę? – pyta.

– Czy my się znamy? Ależ to jest mój Ferdynand Smutny. Czy pan kupił go od Madame Mirocou?

– Tak, właśnie tam go kupiłem przed dwoma dniami. Powiedziano mi, że właścicielka wyjechała do Ameryki.

– Wszystko się zgadza. Tyle, że nie wyjechałam do tej cholernej Ameryki przez to, że wczoraj była okropna mgła nad Malpensą, a do tego burza nad Atlantykiem.

Nie zauważyłam, że przegadaliśmy prawie godzinę, stojąc przy tej kałuży. Trzeba się zwijać, bo Inezka zaraz postawi na nogi wszystkich policjantów w Mediolanie.

– Dzięki za pomoc. Muszę wracać – powiadam grzecznie.

– Czy mogłaby pani zdradzić mi tajemnicę, z której kałuży mógłbym jutro panią wyłowić? A może po prostu umówimy się przy tej kałuży o siódmej rano? Będę czekał z Ferdynandem.

Nie wiem, czy coś odpowiedziałam. Może powiedziałam „tak”, a może straciłam głos. Co tam głos, ja chyba straciłam głowę. Tak właśnie powiedziałaby moja mama. Już widzę, jak recytuje:

– Kiciu, najwyraźniej straciłaś głowę dla pana Wunderbar. Nie powiem, jest całkiem, całkiem wunderbar, ale żeby zaraz tracić głowę?

Właśnie, że stracę. Moja głowa w końcu. Mamę ojciec też złapał, zanim upadła. Tylko to było jakoś inaczej. Widocznie to u nas musi być rodzinne. Mama mówi, że była nieomal-co-upadła, a ja to nawet wyłożyłam się jak długa.

Tyle rzeczy wydarzyło się w ostatnim miesiącu. Już się sama gubię. Już zamówiliśmy suknię ślubną. Muszę jeszcze zadzwonić do Inezki.

– Cześć, Inezka! Wychodzę za mąż za Marka.

– Super, Kate, super! – powtarza Inezka.

– Inezka, ślub jest 6 sierpnia w katedrze w Saint Gallen. Musisz przyjechać, nawet z końca świata czy gdzie tam jesteś. Tania i Mona obiecują, że przylecą. Mimi też postara się wyrwać z objęć Princessy. Będziecie moją publicznością, najwspanialszą audience. Ślub bez ciebie, siostro, to prawie jak bez pana młodego. Poznasz moją siostrę Maniulę, która przyleci z Polski. I będziemy sobie jak trzy siostry. Ale Mark będzie tylko mój!

– Będę na pewno. Masz to jak w banku! Szwajcarskim oczywiście.

– No to cmok-cmok, Inezka. Czekam!

Czasem to się zastanawiam, czy ja żyję w rzeczywistym świecie. Niewykluczone, że siedzę w kinie i wszystko mi się wydaje. Zaraz, zaraz, ale nigdzie nie widzę ekranu. To chyba jednak nie jest film, jeżeli nie widać ekranu?

Opowiadanie Władca Ptaków

Po krótkim locie stadko podwórkowych ptaków siadło na gałęziach okolicznych drzew. Małe i płochliwe, ćwierkały w kółko te same słowa. Krótkie, urywane słowa. Powtarzane każdego dnia: Kto da nam po-ży-wie-nie? Czym się ju-tro na-kar-mi-my? Nie wie-my gdzie szu-kać po-żywie-nia! Mijały monotonne, podobne do siebie dni. Zdawało się, że życie ptasiej gromadki będzie się tak toczyć bez końca, gdy niespodziewanie pojawił się Władca Ptaków. Miał pieniądze, pożywienie oraz władzę nad wszystkimi dotychczas spotkanymi ptakami. Bystrym spojrzeniem omiótł nowo poznaną gromadkę. Będzie z nich pociecha – pomyślał i energicznym głosem zawołał:
– Wróble i sikorki, mam dla was pożywienie! Przylatujcie do mnie!

Ptasi proletariat, wynędzniały i szary, nadlatywał tłumnie. Przylatujcie do mnie – niosło się echem po podwórkach. Słowa odbijały się od ścian domów, okien i parapetów.

Mężczyzna sypnął na ziemię garść okruszków. Ptactwo rzuciło się na pokarm chaotycznie i bezładnie. Władcę Ptaków zirytował ten nieporządek.

Co ta ptasia hołota wyprawia? Nie ma wśród nich żadnego ładu, żadnej hierarchii. Durne ptactwo z ptasimi móżdżkami. Muszę nauczyć je rozumu – pomyślał i strzelił groźnie batem. Ptaki rozpierzchły się spłoszone i zalęknione. Siadły na pobliskich gałęziach i zerkały nieśmiało. Wokół władcy nie było nikogo.

 

Gdzie to durne ptactwo się rozpierzchło? Komu będę sypał jedzenie?! Kto będzie wiedział, że jestem Władcą Ptaków, jeśli te głupie sikorki i wróble odleciały? –złościł się pogromca. – Schowam bat i posypię jeszcze raz okruszków. Muszą przylecieć. Nie mają wyboru. Są głupie, niesamodzielne i mają ptasie móżdżki.

Sypnął dużą garść najsmaczniejszych okruszków. Ptaki nie nadlatywały. Siedziały na gałęziach wystraszone, a ich serduszka biły szybko. Władca Ptaków sypnął drugą garść jeszcze smaczniejszych okruszków. Sikorki spoglądały na okruszki, które ułożyły się na ziemi dwiema grubymi warstwami. Kilka młodszych wróbli zapomniało o świszczącym bacie. Męczył je głód i chęć szybkiego zdobycia pożywienia. Zaczęły drobnymi kroczkami zbliżać się do okruszków. Po chwili były blisko. W zasięgu dziobnięcia. Szaras Bury, najodważniejszy z gromadki, pierwszy podskoczył do okruszków, które potoczyły się najdalej. Dziobnął całkiem spory kawałek. Trzymał mocno, nie mógł sobie pozwolić na wypuszczenie go z dzioba. Nie zdobył pożywienia od wczorajszego wieczoru. Mężczyzna spoglądał na Szarasa Burego uważnie. Zwykły wróbel, mały smarkacz, ujarzmię go! – pomyślał. Szaras Bury łypał lewym okiem na Władcę Ptaków. Mężczyzna stał w miejscu. Gdy nie poruszał się, nie wyglądał groźnie. Bat miał zatknięty za szerokim skórzanym pasem podtrzymującym spodnie.

Może ten bat może być użyty tylko raz – pomyślał Szaras Bury. – E, co tam, podejdę bliżej. Najwyżej odfrunę.

Zrobił kilka drobnych kroczków. Nic się nie stało. Chwytał okruszki i połykał je tak szybko, jak tylko było to możliwe. Nasycony Szaras Bury pomyślał, że Władca Ptaków wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda. Wprawdzie strzelił groźnie z bata, ale przecież sypnął tyle smacznych okruszków. Zaśpiewam mu krótką melodię w podzięce – zdecydował Szaras Bury.

– Dzię-ku-ję! Dzię-ku-ję! Ah, jak do-brze zjeść tro-chę smacz-nych o-krusz-ków!

Śpiew podobał się Władcy Ptaków. Wyrażał wdzięczność. Choć nie był słowiczym trelem, tylko wróblowym ćwierkaniem, był miły dla ucha. Dźwięczały w nim nuty pokornej wdzięczności. Pokora innych stworzeń uskrzydlała Władcę Ptaków. Choć nie miał skrzydeł, słysząc pokorne ćwierkanie czuł, że fruwa. Unoszenie się ponad ziemią, unoszenie się ponad innymi – boskie uczucie. Jestem wyżej niż inni ludzie – myślał. Pochwał, wdzięczności i poczucia wyższości potrzebował bardziej niż tlenu, bardziej niż pożywienia i wody. Bardziej niż seksu, którego nie zaznawał już od niepamiętnych czasów. Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie.

 

Jak można nauczyć to durne ptactwo posłuchu? Będę musiał wymyślić jakąś sztuczkę – snuł rozważania Władca Ptaków.

Pozostałe wróble obserwowały Szarasa Burego z zaciekawieniem. Może też warto podfrunąć bliżej? Ćwierkacz Brązowy podfrunął do Szarasa Burego. Zaczął dziobać. Nic złego się nie stało. Syty wyćwierkał kilka słów podziękowania:

– Dzię-ki, dzię-ki, dzię-ki! Sto-krot-ne dzię-ki!

Władca Ptaków był zadowolony. Nareszcie to pospolite ptactwo pojęło, o chodzi. Sypnął im jeszcze dużą garść prosa na deser. Zapach ziarna rozniósł się po całej okolicy. Wszystkim ptakom zaszumiało w głowach od upojnego aromatu. Potraciły głowy dla jego podniecającej mocy. Zleciały się tłumnie i jeden przez drugiego zaczęły łapczywie chwytać ziarna prosa.

Jadły szybko, tłocząc się. Nadeptywały jeden na drugiego. Młode wróble odpychały stare.

Co za brak porządku w tym ptasim dziobaniu! – Władca Ptaków był pełen niesmaku. – Jak te głupie wróble i sikorki nauczyć dobrych manier i szacunku dla ręki, która je karmi? Muszę to dobrze obmyślić. Na dziś koniec karmienia. Idę do domu. Poleżę na kanapie. Obmyślę jakiś plan. Kolejność dziobania musi być ustalona.

Władca Ptaków postanowił najhojniej nagradzać te ptaki, które wyrażały wdzięczność. Zapominalskich oraz osobniki roztargnione traktował chłodno. Rzucał im więcej plew niż ziaren. Za takie maniery należą się plewy. Smaczne ziarna prosa tylko dla tych co wiedzą, czyja ręka je karmi. Mijały kolejne dni. Ptactwo uczyło się, na czym polega życie w gromadzie nadzorowanej. Władca Ptaków każdego ranka przysłuchiwał się dźwiękom wydawanym przez ptaki, aż z czasem nauczył się ich mowy. To mu bardzo ułatwiło zadanie. Mógł ptactwu wydawać rozkazy.

– Słuchajcie mnie, Szarasy Burasy, uważnie – zawołał pewnego dnia. – Będę wam sypał jedzenie, wy zaś musicie dziobać je w kolejności, którą wam wyznaczę. Gdy nie będziecie przestrzegać kolejności dziobania, trzasnę raz z bata. Gdy będziecie tłoczyć się przy dziobaniu, trzasnę z bata trzy razy. Gdy nie będziecie ćwierkać podziękowania za zaproszenie was na Żerowisko, powyrywam wam pióra. Na początek z ogona. Będziecie brzydsze z powyrywanymi piórami. Gdy to nie pomoże, powyrywam wam lotne pióra ze skrzydeł. Stracicie zdolność latania, będziecie niezaradne i skazane na moją łaskę. A ja będę mógł być dla was niełaskawy. Wasz los będzie zależał od mojego humoru.

Ptaki słuchały wystraszone. Dźwięki więzły im w gardłach. Nie wiedziały, co powiedzieć. Zdawało się im, że nie mają wyboru. Nie mamy wyboru… nie mamy wyboru… – kołatała im się w głowach jedna myśl. Ptasi świat uporządkował się szybciej, niż spodziewał się pogromca. Każdy wiedział gdzie jest jego miejsce. Władca Ptaków sypał pożywienie w proporcjach, które uznawał za stosowne. Wróble i sikorki dziobały w ustalonej kolejności. Najadały się tyle, aby mieć siłę do latania. Nie pokonywały długich tras. Do gniazda i na Żerowisko. Właściwie niewiele potrzebowały, aby utrzymać się przy życiu. Powoli oswajały się z tą myślą, że niewiele potrzebują i niewiele im się od życia należy. Każdego dnia pokonywały tę samą trasę. Były tylko małymi, szaroburymi ptakami o szaroburych osobowościach.

Nadeszła wiosna. Nikt się nie spodziewał, że będzie ona niezapomniana dla wielu ptaków. Kwietniowy poranek był taki jak wiele innych. Niespodziewanie nad Żerowisko nadleciał ptak kolorowy jak tęcza. Nikt nie wiedział, co go przyniosło w te strony. Czy zabawi dłużej? Dlaczego jest taki kolorowy? Co jada? Czy jest lękliwy? Jak śpiewa?

Kolorowy jak tęcza ptak najbardziej lubił, gdy podziwiano go za śpiew i elegancję istnienia. Nastroszył piórka i wydobył kilka dźwięków, które zawsze robiły wrażenie na innych ptakach. Śpiewał jakąś swoją melodię. Nikt na Żerowisku nie słyszał takiej melodii. Nawet Władca Ptaków na chwilę znieruchomiał zasłuchany.

Podobał mu się ten dziwny ptak. Zwracał uwagę. Przylatywał co ranka. Krótko pożywiał się i gdzieś odlatywał w nieznane krainy. Nawet nie wiedział, jak się właściwie nazywa ten pyszniący się śpiewem, kolorami i nieznanymi trasami lotów smarkacz. Nazwał go Ptakiem, w odróżnieniu od ptactwa, do którego zaliczał resztę tego całego ptasiego szaroburego towarzystwa.

Tęczowy ptak siadł na ziemi. Dziobnął kilka ziaren. Przeskoczył na inne miejsce.

– Hej, Ptaku – krzyknął poirytowany Władca Ptaków. – Czy wiesz, że ja tu rządzę, wydaję rozkazy i sypię pożywienie?

– I co z tego, że rządzisz sikorkami i wróblami. Nie jestem z tego stada. Nie jestem jakimś byle Szarasem Burasem. Mienię się tyloma kolorami, ile jest ich w tęczy. A czy jest coś piękniejszego niż tęcza?

– Jak to nie jesteś z mojego stada? – wrzasnął Władca Ptaków. – Ja tu rządzę wszystkimi ptakami! Władcy Ptaków rządzą na wszystkich Żerowiskach. Panujemy nad sytuacją w pełni. Radzę ci przyjąć te reguły gry, Ptaku!

 

– Nie mów do mnie Ptaku, nie cierpię tego – odkrzyknął zdenerwowany tęczowy ptak.

– Będę mówił Ptaku! Latasz, ćwierkasz, jesteś ptakiem. Nie znam twojego imienia, więc nazywam cię Ptakiem. Za dużo ćwierkasz i podskakujesz. Nazwę cię Ptakiem-Gadułą. Wygłaszasz monologi do innych ptaków. Czasem nawet ciekawe. Słucham cię uważnie od czasu, gdy nauczyłem się waszej ptasiej mowy.

– Nie jestem Ptakiem-Gadułą! Nie nazywaj mnie tak – zażądał tęczowy ptak. – Każdy dźwięk, który wydobywa się z mojego gardła, jest starannie przemyślany. Lubię wydawać dźwięki. Przychodzi mi to z łatwością, ale nie znaczy, że z bezmyślnością.

– Jesteś przemądrzałym Ptakiem-Gadułą i tak będę cię nazywał! – poirytowany Władca Ptaków trzasnął batem. Ptasia gromadka rozpierzchła się na boki. Głupia rozmowa z głupim Ptakiem-Gadułą – pomyślał, choć sama możliwość wymiany zdań była ciekawa. Było to coś więcej niż nadawanie komunikatów i wydawanie rozkazów.

Tęczowy ptak, choć nieco zalękniony świstem bata, miał ochotę jeszcze porozmawiać z Władcą Ptaków. W końcu nie codziennie mógł rozmawiać z ludźmi. Przemierzał kraje, przestworza. Szukał rozmówców. Zwykle spotykał tylko wypowiadaczy sloganów. Nudne, te same w kółko powtarzane dźwięki. Władca Ptaków miał coś więcej do powiedzenia. Znalazł z nim wspólny język. To było wspaniałe przeżycie. Nigdy wcześniej nie spotkał człowieka, z którym znalazłby wspólny język. Ludzie nie znali mowy egzotycznych, kolorowych ptaków. Były one rzadkością na tej szerokości geograficznej.

Tęczowy ptak myślał dłuższą chwilę. Przylecę do niego na parapet i wyćwierkam mu całą prawdę! Zażądam, aby przestał nazywać mnie Ptakiem-Gadułą. Powiem mu to prosto w oczy, ale czy on na mnie spojrzy?

– Po-ga-daj ze mną – zagadnął tęczowy ptak.

Władca Ptaków siedział na balkonie. Popijając wino, rozmyślał. Nie spiesząc się z okazywaniem uwagi, po chwili odezwał się.

– Cześć, Gaduło! Myślałem o tobie. Co ćwierkasz? – zapytał, udając znudzenie.

– Nie jes-tem ga-du-łą.

– Nie denerwuj mnie tym ciągłym gadaniem.

Tęczowy ptak nabrał powietrza w płuca i powiedział całe długie zdanie:

– Jestem ptakiem kolorowym i wolnym. Zauważ to łaskawie.

– Przecież widzę, że nie jesteś sikorką ani wróblem. Na tyle znam się na ptakach.

– Skoro znasz się na ptakach, to nazywaj mnie moim imieniem i szanuj moje obyczaje.

Władca Ptaków spojrzał na tęczowego ptaka z zaciekawieniem. Ćwierkał nawet interesująco, inaczej niż te lękliwe Szarasy Burasy. Może nie będę strzelał na niego z bata. Niech sobie ćwierka – pomyślał.

Tęczowy ptak przylatywał każdego ranka. Ćwierkał różne historie. Co widział, o czym myślał, co czuł. Z czasem zaczął tworzyć całe melodie. Nigdy wcześniej nie tworzył melodii. Dźwięki same wylatywały z gardła. Umiem śpiewać! Co za wspaniałe uczucie! Śpiewam!

– Władco Ptaków! Zaśpiewam ci piękną melodię!

Jednak mężczyzny nie było w domu.

Zawołam inne ptaki, niech chociaż one posłuchają!

 

Gromadki ptaków siedziały zasłuchane na wszystkich gałęziach. Piękny koncert. Na zakończenie ptactwo na znak aplauzu długo trzepotało skrzydłami. Tęczowy ptak upojony łopotem skrzydeł innych ptaków szybował wysoko po niebie.

Muszę koniecznie zaśpiewać Władcy Ptaków. Nadleciał ponownie za kilka dni. Nastroszył wszystkie kolorowe piórka. Rozciągnął struny głosowe.

– Hej, hej – posłuchaj mojej melodii!

Władca Ptaków słuchał zdumiony. Ten kolorowy smarkacz śpiewa swoim głosem! Nawet nie prosi mnie o pozwolenie! Ja tu rządzę, a nie ten durny kolorowy ptak. Czy on tego nie rozumie? Już ja go nauczę rozumu!

– Przestań ćwierkać – krzyknął Władca Ptaków. – Nudzisz mnie!

– Ale ja śpiewam melodię, która jest tylko dla ciebie, stworzyłem coś specjalnego na twoją cześć.

– Wydawanie dźwięków jest zajęciem pospolitym. Niczego nie stworzyłeś. Nie strosz tych piórek, bo nic ci to nie pomoże.

– Ale ja… ale ja… – dźwięki uwięzły w gardle tęczowego ptaka. Nie mógł wydobyć z siebie nic więcej niż te dwa słowa. – Ale ja… ale… ja – powtarzał, nie będąc w stanie dodać czegokolwiek więcej.

Rozeźlony Władca Ptaków strzelił z bata. Smagnięcie dosięgło tęczowego ptaka. Spadł na ziemię. Przez chwilę zdawało mu się, że już nie podźwignie się do lotu. Muszę… muszę… muszę spróbować – pomyślał. Wykonał kilka ruchów skrzydłami. Uniósł się nad ziemię. Przysiadł na gałęzi. Odpoczął chwilę. Siły wracały.

Odfrunę i nie wrócę do niego nigdy więcej – pomyślał. – Choć umie rozmawiać z ptakami, jest tylko pospolitym władcą. Nie był ciekaw, co mogłoby zdarzyć się dalej. Wzbił się wysoko. Pokonując ból, szybował po niebie daleko, coraz dalej. Zdumiony odkrył nowe trasy. Niekiedy przelatywał nad domem Władcy Ptaków.

Tęsknił za rozmowami, ale nie za bólem. Tęsknił niekiedy bardzo. Ale nie za lękiem, który wywoływał świst bata. Nie mógł zamienić tęsknoty na niewolę. Kochał wolność.

Choć był tylko małym ptakiem, całe niebo należało do niego.

Hurtowania autorytetów

Ruch w Hurtowni Autorytetów był niewielki. Czuło się, że nadciągają wakacje. Dyżurny Operator przeciągnął się leniwie. Nic się nie działo od dwóch godzin. Żadnych ciekawych zamówień ani pilnych zabiegów na wątłej świadomości Narodu Nieszczęśników, zwanego często w dokumentach po prostu NN*.

I to ma być ostry dyżur? – pomyślał znudzony. – Chyba pójdę wcześniej na obchód Departamentów Specjalnych. Zobaczę, czy jest dobre natlenowanie w Wydziale Autorytetów na Specjalne Okazje.

Na półkach Wydziału Autorytetów na Specjalne Okazje wylegiwały się w pozycji „spocznij” następujące autorytety: Osobliwa Moralność, Smagający Bat, Święte Oburzenie oraz Nieustanne Zdziwienie. Tak naprawdę wcale się nie wylegiwały. Autorytety w najwyższym stopniu umiały wykorzystać każdą minutę. Taka już była ich natura.

Osobliwa Moralność podkradała dostęp do tlenu Świętemu Oburzeniu, które nie mogło tego zauważyć, ponieważ przenosiło kontenery energii przydzielone Nieustannemu Zdziwieniu. Święte Oburzenie próbowało przechwycić promienie świetlne przeznaczone dla Osobliwej Moralności. Autorytety uwijały się jak w ukropie, zbliżał się bowiem czas porannej lektury.

Nieustanne Zdziwienie, Święte Oburzenie oraz Osobliwa Moralność na zlecenie Wielkiego Kreatora musiały codziennie czytać od deski do deski pismo „Nowiny & Winy”. Dzięki lekturze każdego dnia wiedziały, kogo będą piętnować. Wnioski z lektury przekazywały do Smagającego Bata, który świstał nad głowami nieszczęśników nominowanych do piętnowania. Po lekturze autorytety udawały się na zasłużony odpoczynek, aby zachować ciągłość dobrej formy.

Może przecież w każdej chwili się zdarzyć, że Osobliwa Moralność będzie musiała skarcić jakiegoś nieszczęśnika, a były ich całe tłumy. Jak każdy tłum, Naród Nieszczęśników miał wiele bezsensownych pomysłów. Święte Oburzenie co i raz dostawało bólu swych delikatnych skroni, gdy słuchało pomysłów dobiegających z Tłumu Nieszczęśników. Tłum wykrzykiwał swoje hasła w kółko i bez końca. Raz wołał Chleba!, innym razem Pracy! Jacyś niezidentyfikowani członkowie tłumu potrafili nawet zawołać Szacunku! Co gorsza, najstarsi z tłumu swoimi piskliwymi głosami wykrzykiwali słowo najobrzydliwsze. Ci nieznośni starcy wołali Prawdy!

Wielki Kreator nie mógł się wprost nadziwić, skąd brał się w tłumie apetyt na chleb, pracę, szacunek oraz prawdę. Czyż ochłapy, bezrobocie, pogarda, kłamstwo nie były właściwym pożywieniem tłumu? Skąd taki tłum znał smak chleba? Chyba jacyś bezczelnie pamiętliwi starcy musieli tłumowi opowiedzieć, jak smakuje prawdziwy chleb. Tłum mógł kupować tylko ochłapy. Wiadomo jak krótki mają termin spożycia. Żeby nie marnować wyprodukowanych ochłapów, Wielki Kreator nakazywał zawsze obfite posypywanie ich solą. Z przesolonego tłumu często padały narzekania na bóle głowy. Ale kto by się tym martwił. Tłum jako taki nie miał głowy. Nieszczęśnicy z bólem głowy byli zaledwie małymi fragmentami większej całości. Liczyła się tylko całość.

Osobliwa Moralność czasem na zebraniach Rady Nadzorczej podkreślała:

– Już moja w tym głowa, aby tłum miał skołowane łby. A że trochę ich pobolą, nie szkodzi. Nie będą się zbytnio interesować nie swoimi sprawami. Takiemu wypoczętemu, nieobolałemu Narodowi Nieszczęśników, czyli po prostu NN, mogłoby przyjść do głowy jakieś kłopotliwe pytanie. Wprawdzie w Departamencie Standardowych Odpowiedzi przygotowano całe zestawy odpowiedzi na pytania, ale może się zdarzyć, że padnie pytanie nieznane wcześniej. Na wypadek tak obrzydliwego zdarzenia zalecano coś w tym stylu:

– Świetne pytanie! Gratulujemy przenikliwości i doświadczenia! Doprawdy jesteśmy pod wrażeniem pańskiego pytania. Czy mógłby pan powiedzieć nam, jak wpadł na pomysł zadania tak oryginalnego pytania?

Na ogół wyrażenie zachwytu wystarczało. Pytający pożywiał się fałszywym zachwytem, który był jeszcze smaczniejszy niż przesolone ochłapy. Odpowiedź nie była już właściwie potrzebna.

Nie do przyjęcia było wołanie Pracy! Wielki Kreator pamiętał, że ktoś ze starców mówił mu, iż praca uszlachetnia. Tego by jeszcze brakowało, żeby tłum wyszlachetniał! Jak bym do nich przemawiał? Szlachetny tłumie! – śmiechu warte. A może jeszcze śmieszniej: Szlachetne tłumoczki i tłumokowie! – można dostać skrętu kiszek. Cholera, jak bym dostał skrętu kiszek, musiałbym pójść do szpitala na operację. Brrr… już słyszę, jak jakiś doktor woła do mnie Żądam szacunku! Czy taki doktor nie rozumie, że wyłącznym właścicielem szacunku jest Centralny Komitet Kreatorów (CKK)?

Wielki Kreator wiedział, że bez pomocy Smagającego Bata żadna akcja poskramiania zachcianek tłumu nie odniosłaby należytego rezultatu. Żeby efekt był utrzymany dostatecznie długo, niezbędne było przyłączenie się Nieustannego Zdziwienia.

Wielki Kreator lubił dbać o Specjalne Autorytety, a nawet kilka razy w roku je rozpieszczać. Zabierał wszystkie Autorytety na lody malinowe i szarlotkę na ciepło. Warte były tej niewielkiej inwestycji. W końcu dzięki nim rzeczywistość był taka, jak sobie wymarzył.

Co prawda niekiedy znajdował się jakiś śmiałek, który kwestionował opinie wygłaszane przez Autorytety. Kreator wydawał specjalny rozkaz, aby załatwić go liczbami. Zasypać, omotać, powalić na kolana. Liczby robiły to znakomicie. Najlepiej spisywały się liczby powyżej tysiąca.

– Ty, śmiałku szkaradny, czym jest twój jeden głos przeciwko kolumnom liczb?!

Kolumny liczb ustawiały się w takich konfiguracjach, jak zalecał Wielki Kreator.

Płynęły dni, miesiące, lata. Wielkie Autorytety zbudowały sobie eleganckie rezydencje. Niektórym wyrosły brzuchy w następstwie nadkonsumpcji wszystkiego, co dało się wchłonąć i strawić. Zanosiło się na to, że będą żyły długo i szczęśliwie.

Nastała noc świętojańska. Choć była to najkrótsza noc w roku, autorytety spały spokojnym snem. Zdawało się, że nic im nie grozi. Oddychały równomiernie.

Osobliwej Moralności śniło się, że nigdy przez całe życie nie zrobiła nic niemoralnego. Nawet nie wiedziała do końca, co to jest niemoralność. Smagający Bat śnił, że rozdziela zasłużone razy, nawet we śnie nie przychodziło mu do głowy, że mogą być niezasłużone. Święte Oburzenie śniło, że tylko ono ma prawo do wyrażania tego uczucia, innym wolno było co najwyżej zawstydzić się reakcją Oburzenia. Nieustanne Zdziwienie, zgodnie ze swą naturą, nawet we śnie się dziwiło.

Gdzieś koło piątej nad ranem wszystkie Autorytety zaczęły poruszać się niespokojnie. Przewracały się na boki, wierciły, zmieniały położenie poduszek, rozkopywały puchowe kołdry.

Dyżurny spojrzał na ekran monitorujący przebieg myśli oraz snów podopiecznych. Cholera, co się dzieje? – pomyślał zdenerwowany. Na monitorach wszystkich autorytetów płynęły fale lambda. Fatalne fale. Zwiastowały nadejście niedobrych snów. Po serii wyładowań fal lambda zaczęły chaotycznie pojawiać się wszystkie fale alfabetycznie: alfa, beta, gamma, delta. Cały alfabet grecki fal. To nie były żarty! Autorytety gnębił koszmarny sen. Dyżurny włączył czytnik snów. Na ekranie wszystkich autorytetów wyświetlał się ten sam sen. To wymagało zawiadomienia szefa dyżuru.

Rozkodowano zapis snów. Zdumieni dyżurni czytali zapis snu Osobliwej Moralności: O rany, mam coś w ustach, coś mi narasta i wszystko wypełnia. Muszę to świństwo wypluć, inaczej nie będę mogła wyrażać oburzenia. Jak ludzie się dowiedzą, że jestem oburzona ich postępowaniem, gdy nie będę mogła w ogóle mówić? Co to może być? Jakieś małe, kłujące drobiny. Muszę zobaczyć w lusterku. Co to jest? Brokat? No tak. To jest brokat! Skąd się wziął? Nie mogę go wypluć, ciągle go przybywa! Nie mogę wypluć! Ratunku!!! Ratunku!!!

Z indywidualnych drukarek pozostałych autorytetów wyskakiwały identyczne opisy.

Autorytety budziły się i pełne oburzenia spluwały gdzie popadnie. Pluły do południa. Nic nie pomagało. Brokat siedział w ich jakże szlachetnych jamach ustnych. Im więcej wypluły, tym więcej nowych drobinek przybywało. Pluły przez cały dzień. Zwołano Absolutnie Prywatne Konsylium. Nikt nie znał sposobu na usunięcie brokatu. Autorytety pluły bez końca. Nie mogły wykonywać swych funkcji. Jak można komuś pokazać zapluty autorytet? Czy on kogoś przekona? – nerwowo rozmyślał Wielki Kreator.

Zdawało się, że małe świecące drobinki pokonały Wielkie Autorytety raz na zawsze. Wielki Kreator długo rozmyślał. W końcu zdecydował: wynajmę sobie nowe autorytety. Każdy jest do wynajęcia. Podwoję honorarium.

Szukał przez tydzień, jednak nikt nie chciał się zgodzić. Co do licha z nimi się porobiło? Potroję stawkę. Doszedł do dziesięciokrotności honorarium dotychczasowych autorytetów. Nic nie działało, nawet dziesięciokrotnie wyższa stawka. Zmęczony siadł za biurkiem. Spojrzał na kalendarz.

Jaką mamy dziś erę? Własnego Sumienia i Zdrowego Rozsądku? Co? Jakiego? Własnego? Zdrowego? Nie, to wszystko jest chore!!! Ja nie będę mógł na nikogo wpływać? Czy to możliwe? Błąkał się jeszcze miesiąc. Nikt jednak nie chciał być płatnym autorytetem do wynajęcia. Co to jest Sumienie? – rozmyślał. Gdzie ono leży? Wieczorami ukradkiem przykładał do różnych części ciała rozliczne detektory, poszukując sumienia. Jakieś niewielkie wychylenie stwierdził nad mózgiem. Nie były to jednak dobre technicznie zapisy. Żaden czytnik nie mógł ich rozkodować. Wszyscy posługiwali się tymi dziwnymi… no właśnie, nawet nie wiedział, jak to nazwać. Może są to urządzenia? – pomyślał. Jak włącza się te urządzenia?… Znowu zapomniałem, jak one się nazywają… zaraz… zaraz… Sumienie? Rozsądek? Chyba tak właśnie. Jak można było posługiwać się czymś, co nie dało się zarejestrować, czymś, co było niewidoczne? Nie miało stanowiska ani jakiegoś ozdobnego tytułu? Wielki Kreator nigdy nie zrozumiał nowej epoki. Nie było to łatwe. Światem i ludźmi rządziło coś niewidocznego.

 

 

 

 

Rozdziały

1.Wstęp do bardziej szczegółowych zwierzeń

2. Kiedy wszystko się zaczęło?

3. Początki epoki freelancera

4. Debiut powieściowy Maść Tygrysia

5. Powieka modelki i dalsze opowiadania

6. Ach ta afiliacja!

7. Moje wiersze

8.Fotoblog „Modne Diagnozy” by @mimax2

9. Dziennikarz interwencyjny w akcji

10. Zostaję Sermo community columnist

11. Akredytacje krajowe – Sejm, Kancelaria Prezydenta

12. Akredytacje amerykańskie Stany Zjednoczone i Argentyna

13. Akredytacje na konferencjach organizowanych przez Komisję Europejską

14. Akredytacja w Australii

15. Współpraca z mediami wysokonakładowymi 

16. Gdzie mieszkałam podczas wyjazdów dziennikarskich?

17. Ciekawe miejsca konferencji prasowych

18. Ciekawi ludzi spotkani na dziennikarskiej drodze

19. Gazeta dla Lekarzy

20. Podsumowanie

Dodatek: spis opublikowanych artykułów

 

 

1 myśl w temacie “Kaczka dziennikarska – rozdział 5: Powieka modelki i dalsze opowiadania

Możliwość komentowania jest wyłączona.