Fourth Cardiovascular Seminar, Budapeszt, 15/10 – 19/10/ 1998

Podróż lotnicza TAM: Warszawa – Budapeszt (25)

Z POWROTEM: Budapeszt – Warszawa (26)

Odległość Warszawa – Budapeszt 545km/339 mile

Cała podróż: 1090 km/678mile

Mieszkałam: Hotel Agro, Budapest

aa2Podszkolona nieco na kursie w Tunezji poczułam, że mam większy niedobór wiedzy w organizmie i jedna konferencja zagraniczna tego nie wyrówna. Być może moja nadmierna aktywność w zadawaniu pytań wykładowcom spowodowała, że otrzymałam zaproszenie na kolejną konferencję Fourth Cardiovascular Seminar in Budapest. Aktywny słuchacz na wykładach to cenny nabytek na konferencji!

budapeszt_programProgram konferencji

cardiovasc_seminar_buda1998Dyplom uczestnictwa

budapeszt0-001Przed hotelem Agro

budapeszt3Na wycieczce w miasteczku Szentendre

W związku z uczestnictwem w konferencji byłam w Budapeszcie  w dniach 15 – 19 października 1998 roku. Organizatorzy poprosili mnie o przygotowanie i przesłanie  życiorysu w języku angielskim. Hm… do tej pory znałam model PRL  z jego optymalną wersją urodziłam się w rodzinie robotniczo-chłopskiej, ( w moim przypadku właściwe jest określenie w rodzinie nauczycielskiej), a co do pisania to  najlepiej szło mi dzierganie recept i historii chorób z ich koronnym wstępem pacjent przyjęty do szpitala z powodu bólu w okolicy zamostkowej, promieniującego do lewego barku i trwającego godzinę, a tu trzeba życiorys napisać i w dodatku po angielsku.

Podpytałam światowych kolegów co już mieli za sobą pisanie życiorysów ( jeden wesołek gdy kazano nam taki życiorys napisać w szpitalu w rubryce dodatkowe umiejętności wpisał obsługa komputera i odkurzacza, uważaliśmy wówczas, że pytanie lekarza o dodatkowe umiejętności jest nietaktem, dziś mam zupełnie inne zdanie!), kupiłam jakieś książki w stylu Jak olśnić każdego? i po paru dniach miałam ogólne pojęcie jak powinien mój życiorys wyglądać.

Zaangażowałam do pomocy wyedukowaną już dobrze w języku angielskim córkę i przystąpiłam do dzieła. Wybór asystentki był trafny, bowiem w rubryce hobby zaproponowałam ona poza wpisaniem opera jeszcze kultura żydowska. Nie wiedziałam, że mój bezpośredni opiekun w Budapeszcie był węgierskim Żydem i z czasem nawet wyemigrował powołując się na to pochodzenie. Szlifując kolejne edycje mojego życiorysu z czasem dopracowałyśmy się wersji na kraj, w której rubrykę hobby zapełniało słowo opera oraz wersji na zagranicę rozszerzonej o kulturę żydowską.

Na lotnisku okazało się, że uczestniczy w konferencji jeszcze dwóch kolegów z Polski. Jeden z nich z kategorii luzaków co mają zawsze czas na lotnisku przyszedł leniwym krokiem na pół godziny przed odlotem, a tu sjurprajz w postaci overbookingu! Doleciał na wieczór via Wiedeń mając bardzo dużo czasu na rozmyślania. Wtedy pierwszy raz zetknęłam z pojęciem overbookingu.
Dolecieliśmy do Budapesztu, gdzie na lotnisku czekał na mnie Lajos. Okazało się, że mówi on bardzo dobrze po rosyjsku bowiem jego rodzice pracowali w dyplomacji węgierskiej i kończył on szkołę w Mongolii, która w przypadku krajów socjalistycznych była prowadzona w języku rosyjskim. Oboje jednak nie znaliśmy po rosyjsku terminów fachowych i w takich przypadkach używaliśmy terminologii angielskiej.

Po rozgoszczeniu się w hotelu Agro – położony na wzgórzu Szabadsag – pojechaliśmy na wycieczkę. W programie umieszczono wizytę w miejscowej synagodze, ale wytłumaczyłam Lajosowi, że moje zainteresowanie jest nie aż tak wielkie aby gnać do synagogi w każdym mieście. Skończyło się więc na Moście Małgorzaty, Wzgórzu Gellerta, Starym Mieście oraz wizycie w supermarkecie.

Wieczorem oczywiście dinner z udziałem wszystkich uczestników. Siedziałam obok koleżanki z Kijowa i dalej trenowałam swój rosyjski. Znajomość ciągnęła się przez kolejne kongresu kardiologiczne i nadciśnieniowe, tak, że za trzecim razem witałyśmy się jak bardzo dobre znajome.

Podczas pobytu na konferencji kardiologicznej w 1998 roku w Budapeszcie po zakończeniu obrad mój sympatyczny opiekun Lajos zaprosił mnie na wycieczkę samochodową do Wyszhehradu. Po drodze zwiedzaliśmy małe miasteczko – nie pamiętałam jego nazwy, a może zgoła nie zwróciłam na nią uwagi podczas podróży. W odkopanych dokumentach znalazłam szczegółowy opis tej sympatycznej podróży oraz poszerzyłam go o wiadomości wykopane w Google. Okazuje się, że we wspomnianym miasteczku jest jedyne na świecie Muzeum Marcepanu. Dowiaduję się, że marcepan przywędrował do Europy wraz z najazdami tureckimi i był długi czas ciastem używanym do wypiekania kołacza weselnego. Kto by to pomyślał!

Szentendre leży 20 km na północny zachód od Budapesztu. Po obejrzeniu oferty serwetkowej w Szentendere pojechaliśmy do Wyszegradu, który leży w odległości 42 km od stolicy Węgier. W drodze powrotnej zjedliśmy obiad w restauracji..  chińskiej.

Następnego dnia wracałam do domu. Na lotnisku kupiłam oczywiście wyroby z marcepana oraz płyty muzyką węgierską. Za kilka miesięcy Lajos przyjechał służbowo do Warszawy. Zaprosiłam go na domowe pierogi i barszcz. Smakowały mu bardzo, a ponadto jak powiedział mi bardzo wzrosły jego notowania kolegów bowiem on tylko jeden miał zaproszenie w Warszawie do prywatnego domu.

Spoglądając na pamiątkowy dyplom potwierdzający mój udział w budapeszteńskiej konferencji dopiero dziś zauważyłam informację, że konferencja była co-sponsored by the USA Agency for International Development i pewnie z tego powodu musiałam napisać życiorys po angielsku. Dyplom podpisali Gabor Andrassy z St.Francis Hospital w Budapeszcie, Robert G.Matthews z Fairfax Hospital w Fairfax, Virginia US oraz Christopher J.Leet z Prince William Hospital Manassas, Virginia US.

Tematyka wykładów była bardzo zróżnicowana – leczenie zaburzeń rytmu, działanie proarytmiczne leków, zatorowość płucna, niewydolność krążenia, zapalenie wsierdzia, wady zastawkowe – chyba ambitni organizatorzy chcieli na wtłoczyć do głów całą kardiologię w jeden dzień.
Najciekawsze jednak, że wykład dr G.Matthew dotyczył inhibitorów płytkowych glikoprotein IIb/IIIa czyli tematu bardzo nowoczesnego, ale chyba tego nie doceniłam, tym bardziej, że był to przedostatni wykład.