Z Buenos Aires do Iguazu Falls 2008

TAM (108) : Buenos Aires – Puerto Iguazu

Z POWROTEM (1o9): Puerto Iguazu – Buenos Aires

Mieszkałam Residencial Uno

Wylot do Iguazu

Trochę się obawiałam czy obudzę się tak wcześnie będąc jeszcze skotłowaną jet-lagiem więc nastawiałam i budzik i komórkę. Nie mam wprawy z tymi budzikami i zaczęły te głupie urządzenia dzwonić co chwila bo była 5 po południu, a ja chciałam nastawić je na 5 rano. Komórka ma jeszcze alarm wibrujący więc rzucała się po stoliku jak oszalała – już kiedyś miałam z nią tak przygodę w San Francisco! W rezultacie zdecydowałam włączyć je na godzinę 4 rano.

Spało mi się dobrze i obudziłam się chwilę przed 4. Zapakowałam wszystkie klamoty i zjechałam do recepcji uprzednio dowiedziawszy się, że nie muszę niczego wcześniej zgłaszać. Dyżurował w recepcji wesoły Pablo, który wystawił invoice na 400 ARS, której pojawiło się jakieś 20 ARS więcej niż było na rezerwacji, za to znikło 4 ARS z jednego wejścia do Internetu ( 60 min za 4 ARS). Wypełniłam jeszcze ankietę satysfakcji klienta – wyrażając taką, bo hotel był zupełnie OK. Poprosiłam o zawołanie taxi, które przypomniało mi nasza przygodę z Fredem w Nicei – kierowca był w ewidentnej zmowie cenowej z Pablo, ale niech tam! Obaj dobrze wykonywali robotę, więc nie mam im za złe, że chcieli zarobić – no i nie spali gdy ja potrzebowałam taxi.

Kierowca początkowo nie rozumiał słowa airport dopiero Pablo wyszedł na zewnątrz i objaśnił mu, że ma jechać do aeroparque.

W tym momencie przyszło mi do głowy, że gdy jedzie się do kraju gdzie znajomość angielskiego nie jest regułą to trzeba karteczki z adresami pisać po angielsku i po hiszpańsku/ chińsku-mandaryńsku/ japońsku/portugalsku – zwykle w przewodnikach można znaleźć takie dane.

Nie mogę nachwalić się tego pomysłu z pisaniem adresów potrzebnych w podróży na sztywnych karteczkach, które trzymam razem z wizytówkami.

Dojechaliśmy do aeroparque w jakieś 20 minut – autostrady i drogi były prawi puste i facet mówi jakąś cenę po hiszpańsku ( chyba nie miał licznika więc nawet nie mogłam przeczytać), ja coś pytam, a on na to powiada waliha i wskazuje na moja walizkę którą wziął na przednie siedzenie. Wyjęłam 10 usd i pytam czy starczy – wyglądał na zadowolonego, ale pewnie musiał Pablo odpalić parę dolarów.

Port krajowy Buenos Aires to piękne lotnisko – o 5 rano wszystko działało jak trzeba i muszę powiedzieć, że nasze Okęcie to wiocha nad wiochami oraz jeszcze jeden przykład jak jako naród mamy zdewiantowaną mentalność bo żyjemy w wirtualnym świecie głupot politycznych.

Dostałam miejsce 15 J i ciekawa byłam co to za samolot bo jeszcze nie miałam takiego miejsca. Lot obsługiwała linia LAN Chile, która wygląda na bardzo dobrą linię. Potem wjechałam na 1 piętro gdzie było security. Byli dość mili i rozsądni w podejściu do pasażerów i kolejka posuwała się na bieżąco. Nie chciano aby wyjmować komputer z plecaka – co w Europie i USA jest regułą ( ostatnio na Okęciu securiter nawet otworzył klapę mojego komputera, ale nie włączał go). Założyłam pasek na drogę bo mi trochę spodnie zaczęły opadać i oczywiście zapomniałam go zdjąć do kontroli w bramce. Zadzwoniłam i zostałam podana badaniu wykrywaczem metali niczym ksiądz prymas na Okęciu ;)). Zadzwoniłam nie tylko pasem ale też w paru innych miejscach – może to te pola magnetyczne, których istnienie podejrzewam u siebie, ale securiterka uznała, że dzwonię w granicach dozwolonych.

Przyszła mi do głowy taka refleksja, że Amerykanie z security lotniczej urządzili sport narodowy i próbują pokazać przede wszystkim sobie i całemu światu, że żadna staruszka z metalowym stawem biodrowym już nigdy nie zagrozi bezpieczeństwu lotniczemu i napinając ciągle obolały honor / bicepsy/ i Bóg wie co jeszcze od czasu 9/11 jak to oni mówią, próbują sobie poprawić nastrój i notowania. Ale mleko rozlało się i już żeby każdej staruszce zajrzeli do majtek to nie odwrócą faktów wskazujących na to, że dostali w tyłek w sposób taki jakiego nie przewidziały żadne sztaby pełne generałów i innych mądrali.

Na lotnisku i w samolocie

Mój gate miał numer 9, a obok niego rozciągało się wiele ciekawie wyglądających sklepów. Obleciałam wszystkie i byłam bliska zakupienia czapek zimowych z napisem Colombia, gdy okazał się, że są Made in China – jakoś mam niechęć do wożenia przez pół świata chińszczyzny.

 

aa2

Lotnisko krajowe w Buenos Aires

Po jakimś czasie pojawiła się grupa wycieczkowa z US – wyglądali dość ciekawie. Wszyscy uczestnicy grupy mieli wizytówki z napisem Vantage Travel, imię i nazwisko, miasto. Było ich około 40 osób, raczej starszych, ale też w średnim wieku.

Okazało się, że koło mnie siedzi jedna z uczestniczek – na tabliczce miała Joycelyn, New York. Cały pokład Airbus 320 był zajęty – czyli ludzie latają po świecie jak najęci. Gdy podano przekąski Joycelyn zaproponowała mi swoje czekoladowe ciasteczka, które były w pakiecie śniadaniowym, bo jak rzekła nie cierpi niczego słodkiego. Zlustrowałam drugi pakiecik którym były krakersy ( 725 mg sodu/100g!) i zaproponowałam wymianę, co zostało przyjęte z zadowoleniem.

aa2

Przekąska oferowana przez linie lotnicze LAN

Nic dziwnego, że Joycelyn ma nadciśnienie co ustaliłam zbierając wywiad lekarski w języku obcym i potraktowałam to jako jeszcze jedną lekcję angielskiego. Dowiedziałam się też więcej o tej firmie – podróżowali 12 dni n a trasie: Miami – Buenos Aires –Iguazu – Rio de Janeiro stając w hotelach typu Marriott za 4400 usd!

Pobyt w Iguazu

Ponieważ był to lot wewnętrzny nie było żadnych ceregieli z granicami. Walizki przyjechały dość szybko. Tuż obok walizek było stoisko oferujące taxi za 60 ARS, więc wzięłam sobie.

aa2

Lotnisko w Puerto Iguazu część odlotowa. Poczekalnie i gate’y są na pierwszym piętrze. Tam właśnie poczęstowano mnie yerba-mate, i tak to się zaczęło… piję do dziś!

Droga z lotniska bardzo ładna autostrado podobna, piękna i bujna roślinność, czyste powietrze. Patrząc na ta piękna przyrodę łatwiej zrozumieć tych co ratują lasy Amazonki, a kiedyś ten problem wydawał mi się odleglejszy niż księżyc.

Po 15 minutach dojechaliśmy do Residential Uno i tu wesołe niespodzianki. W recepcji urzęduje niejaki Dayan, który z Valerią prowadzi hostel – korespondowałam z nimi potwierdzając rezerwację. Recepcja to kłębowisko papierów w wątpliwej jakości czystości przeszklonym od ogólnej sali wnętrzu. Podałam wizytówkę mówiąc, że ma rezerwację. Dayan coś pogrzebał w komputerze, potem w papierach i orzekł OK. Po czym zaprowadził mnie do mojego ensuite czyli w gwarze turystycznych portali pokoju z własną łazienka i WC.

aa2

Patio hostelu

aa2

Mój apartament jest w parterowym budynku z cegły ( takiej ceglastej, klasycznej, ) ma spory pokój, z dobrym łóżkiem i czystą pościelą, także dwoma ręcznikami kąpielowymi. Podłoga jest ceramiczna, okna o konstrukcji dotychczas nie widzianej z metalowym podzielonym na części urządzeniem a la siatka w oknach i zasłonami – zamykanie tej konstrukcji chyba nie działa ( wykonałam delikatna próbę, ale bez mocowania się) więc postanowiłam nie zamykać i nie zapalać światła, żeby nie wabić komarów ( na zasłonie widziałam 3 osobniki, które straciły żywot). Jest też telewizor, ale postanowiłam go nie włączać, bo nie jestem ciekawa CNN po hiszpańsku.

 

aa2

Intrygujący prysznic podpięty do prądu . Nie tylko ja miałam z tym problemy w Ameryce Południowej / Środkowej.

aa2

Po rozpakowaniu się wyszłam na spacer aby wczuć się w klimat małego miasteczka gdzie docierają prawdziwi podróżnicy ;))

aa2

Dworzec autobusowy z którego jedzie się do wodospadów

aa2

Bilet wstępu na teren parku narodowego

aa2

Niespodzianki po drodze

aa2

Lepiej szybko uciekać ;))

aa2

Niczego nie dotykać

aa2

Chyba, że COŚ dotknie nas ;))

aa2

Poczuć mgłę zbliżając się do wodospadów

aa2

Dotrzeć do wodospadów

aa2

Zachwycić się