Lekarz Przyszłości, rozdział 21: Wszystko proszę do kontroli

Poprzedni odcinek

Część 2. Władca Pieczątki

(Tipaza35)

Rozdział 21. Wszystko proszę do kontroli

    Po latach podróżowania po wiele odległych zakątkach świata Matylda Przekora postanowiła się wybrać do Małkini. Prawdę powiedziawszy nie bardzo do końca uświadamiała sobie po co tam powinna pojechać. Wiedziała jednak, że dopóki nie pojedzie to myśl odwiedzenia miasteczka znanego z młodzieńczej wyprawy po kożuch,  nie opuści jej nawet przez chwilę. Kierunek podróży nie był w gruncie rzeczy najważniejszy, lecz nieusuwalne przekonanie, że musi tam właśnie pojechać.

Świadoma tej cechy swojej osobowości wsiadła do pociągu, którego wnętrze prawdę powiedziawszy wyglądało jak tramwaj kupiony za fundusze Związku  Republik Realandzkich. Może wagon pociągu był bardziej żółty, jednolicie żółty a przez to trochę przesadzony kolorystycznie. Bez trudu znalazła miejsce siedzące i spoglądała przez okno zastanawiając na ile zmieniły się mijane krajobrazy. Przede wszystkim było za dużo szyldów o najróżniejszej treści. Opony, samochody, oferty wakacyjne, pożyczki bankowe nachalnie domagały się aby zainteresować się nimi i to koniecznie, i to natychmiast.

Po około godzinie jazdy wszedł konduktor ze swoim tradycyjnym zawołaniem proszę bileciki do kontroli . Wszyscy sięgnęli do kieszeni, torebek i plecaków i posłusznie prezentowali bilety. Matylda sięgnęła po swoją ulubioną granatową torebkę i otworzyła zamek kieszeni w której zwykle trzymała portfel z dokumentami, pieniędzmi i kartami kredytowymi. Kieszeń torebki była pusta. Ktoś z niezwykłą wprawą pozbawił ją portfela z całą jego zawartością.

Zdenerwowała się potężnie do tego stopnia, że aż…. Aż się obudziła. Na ulubionym budziku podróżnym, kupionym przed laty na lotnisku  była 5:30.

-Co za realistyczny sen! – pomyślała. Na wszelki wypadek sprawdziła wnętrze torebki. Ma szczęście wszystko było na swoim miejscu. Jednak realistyczność snu była tak męcząca, że postanowiła sprawdzić jego znaczenie. Wygoogle’owała hasło stracić portfel z pieniędzmi. Uff… interpretacja była całkiem sympatyczna. Podpiszesz w najbliższym okresie korzystny kontrakt – donosiły różne astrologiczne portale. Te przeciwstawne wizje finansowe – już to utraty portfela, już to podpisania korzystnego kontraktu na tyle ją rozbudziły, że postanowiła dopełnić porannego rytuału codziennych ablucji, parzenia dzbanka yeraba – mate, siekania dwóch miseczek sałatki owocowej i przeglądania porannej poczty elektronicznej. 

W planie na dziś miała złożenie dokumentów potwierdzających ciągłość pracy w zawodzie wyuczonym za młodu i bezskutecznie porzucanym w myślach, słowach, ale nigdy tak po prawdzie w konkretnych uczynkach. Nie miała odwagi odczepić ani młodzieńczych skrzydeł entuzjazmu ani co i raz doczepianych kul u nóg w latach dojrzałych.

Medycyna była jak wstydliwy odczyn serologiczny. Nie do pozbycia się! Pamiątka na całe życie jakiejś młodzieńczej decyzji emocjonalnej. Można by pisać „odczyn MED  plus” – pomyślała.

Przed dziewiątą wyruszyła z domu. Czekały ją dziś dwa spotkania. Przystanek na ulicy w pobliżu domu o tej porze był nawet dość pusty. Spojrzała w kierunku jazdy tramwajów  z zamiarem odczytania numeru zbliżającego się tramwaju, ale uwagę jej odciągnęły chmury rozpościerające się na wiosennym niebie.

Chyba pierzaste – pomyślała zaciekawiona ich obrazem. Czternastka, która podjechała za chwilę  była wewnątrz bardziej zapełniona niż przystanek. Na wszystkich siedzących miejscach młodzież studencka, kwaterująca w pobliskim akademiku, powalona buzującymi wiosennym hormonami czytała książki, przewijała strony w smartfonach, popijała energetyzujące drinki z puszek lub wodę z butelek. Biedacy sił mieli tyle, że ledwie byli w stanie trzymać w spracowanych dłoniach smartfony i dwoma palcami dotykać ekranów. 

Tramwaj był interesującym miejscem obserwacji socjologicznych nad różnicą obyczajową The Baby Boomers Generation posługujących się telefonami tradycyjnym, z czasem zwykłymi komórkami, a The Smartphon Union Generation nie uznających innych urządzeń niż te, które nie pochłaniały więcej energii niż ta która była potrzebna do wykonania one touch .

Przedstawiciele The Baby Boomers Generation porastali mchem, a The Smartphon Union Generation nie zwracała uwagi na takie detale jak to co na nich rośnie. Mógł przejechać po nich czołg z czterema pancernymi i psem, a zjednoczeni z urządzeniem i tak tego by nie zauważyli.

Najbardziej potrzebną częścią ciała do funkcjonowania nie był mózg z ośrodkiem krążenia i oddychania lecz dwa kciuki. Obolałe od ciągłego smyrgania po coraz większych ekranach rozrastały się.

Z czasem  powstawały nowe zespoły chorobowe jak przerost kciuków obustronny czy zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu. W  Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD przydzielono wspomnianym zespołom specjalne numery.

Przerost kciuków obustronny otrzymał numer S.65.5

Natomiast zespół wzroku nieoderwanego od smartfonu miał numer H44.10

Wystąpienie obu zespołów chorobowych zakwalifikowano jako inwalidztwo pierwszej grupy i automatycznie zwalniało posiadacza takiego orzeczenia z męczącego obowiązku chodzenia do pracy.

Takie obcowanie ze smartformem było wyczerpującym energetycznie zajęciem! A do tego czekała ich harówa na uczelni, trzeba więc było w pozycji siedzącej zebrać siły nadwątlone. Zwyczaj ustępowania miejsca ludziom starszym, kobietom, niemowlętom wydał się nie istnieć w tym świecie. Zamyśliła się nad tym co jeszcze nie tak dawno było nie do pomyślenia. Jestem chyba jakaś dziewiętnastowieczna! – pomyślała Matylda, nie przeczuwając nawet przez chwilę, jak silnie będzie niebawem spleciona z epoką

Czternastka minęła park i zbliżała się do następnego przystanku. Melodyjny głos spikera podał jego nazwę:  Najbliższa Izba Kontroli.  Matylda dałaby uciąć sobie to i owo, że przystanek tak właśnie, a nie inaczej, się nazywał. Najbliższa i już!

Wyczerpana wiosną młodzież politechniczna poderwała się na następnym przystanku i powłócząc butami z niezawiązanymi sznurowadłami powlokła się na zajęcia. Dalsza trasa czternastki była prawie tak samo ciekawa jak przejazd kolejką z Atlanty do Buckhead, czyli ogólnie nudne widoki z ciekawostkami co jakiś czas. W okolicach metra mignął szyld z napisem medycyna nowoczesna. A co to za odmiana medycyny? – zastanowiła się Matylda. Pewnie się na takiej nie znam. Mam same staromodne obyczaje – badanie pacjenta, nieuleganie sugestiom, że bez antybiotyku / zwolnienia / renty / sanatorium to delikwent nie stanie na nogi i parę innych równie nieciekawych obyczajów.

Za rondem  było ciekawie i w starym stylu. Bar Prasowy – istniej od 1990 roku – donosił szyld. Fajna nazwa! – pomyślała. Można by organizować w nim konferencję prasowe. W końcu w szeratonach i hiltonach wszyscy już byli po wielekroć.

Dojechała do niegdysiejszego Kina Reksela, kilka kroków spaceru i była w swojej Najbliższej Izbie Kontroli (NOK). Miała uzupełnić dokumenty bowiem utrzymanie aktywnego Prawa Realizowania Powołania (PRK) wymagało dowożenia co i raz do izby dokumentów potwierdzających ciągłość pracy.

Choć powołanie uważała za łaskę Ducha Świętego – jak objaśnił jej to przed kilkoma dziesięcioleciami jej pacjent ksiądz, dr prawa kanonicznego – i realizowanie tego powołania za sprawę między nią a Duchem Świętym, ale komisją miała diametralnie inne zdanie. Ani Duch Święty ani  ona sama nie mieli nic do gadania. Po sprawdzeniu pod mikroskopem wszystkich dostarczonych dokumentów absolwentka europeistyki, a może historii sztuki średniowiecznej, w każdym razie czegoś bardzo blisko z medycyną związanego uznała, że dokumenty Matyld spełniają oczekiwania Najbliżej Izby Kontroli w kwestii udokumentowania ciągłości wykonywania zawodu i udzieliła Matyldzie rozgrzeszenia za grzech niedostarczania regularnie dokumentów z każdą zmianą pracy.

Piekło jest za małe – trzeba będzie rozbudować, nie pomieści wszystkich ludzi powtarzała sobie w myślach niejednokrotnie. A słowa muszą być na kartki! W internecie będzie można wpisać  tylko tyle słów, ile się ma przyznane.

 W Najbliższej Izbie Kontroli wnikliwie i analitycznie przejrzano wszystkie dostarczone dokumenty. Żaden ich szczegół nie uszedł uwadze absolwentki rekselistytki, a może kulturoznawstwa – któż to mógł odgadnąć jak wysokie kompetencje miała osoba wyznaczona do analizy lekarskich dokumentów.

-No tak, no tak… pracuje pani na umowę zlecenie… – wyszeptała jakby w zamyśleniu. – A coś jeszcze pani robi? – dodała nieco powątpiewającym tonem.

-Piszę artykuły, niekiedy prowadzę wykłady… – wyznała Matylda spuszczając nieco ku dołowi oczy, z dobrze odgrywaną skromnością starszej pani.

-Taaak, a ma pani wykaz tych wykładów? – rekselistka była bezwzględna w ustalaniu każdego szczegółu.

-Proszę oto wykaz wykładów z ostatnich 5 lat. Jest ich około trzydziestu – Matylda podała kolejny dokument.

-Czy mogę go dołączyć do pani dossier zawodowego?

– Ależ oczywiście! – z entuzjazmem odpowiedziała Matylda.

– Jeszcze zostały nam artykuły do udokumentowania – powiedziała z resztką nadziei w głosie, perfekcyjna, korporacyjna pani urzędniczka.

-Proszę kliknąć na link na moje stronie internetowej.

-Ma pani swoją stronę internetową??? O…to ciekawe – perfekcyjny spokój zadrżał w posadach.

-Tak… trafiło się…, o tu proszę kliknąć na spis artykułów.

-Czy mogę sobie wydrukować i dołączyć do pozostałych dokumentów? -zapytała przedstawicielka kontrolera realizowania boskiego daru powołania.

-Ależ oczywiście!

Maszyneria zaszumiała swym wnętrzem i ruszyła do drukowania. Kolejne strony wyskakiwały z tajemniczych czeluści i miękko lądowały w zagłębieniu na przodzie urządzenia. 

-Ile tych stron wydrukowało się? – zapytała Matylda z miną godną panny Marple.

-Zaraz sprawdzę… trzydzieści siedem – jęknęła pani korporacja.

Kapituła orderów dla Maruderów Medycyny dokonała dorocznego losowania ozdób klatki piersiowej przeznaczonych dla najbardziej zasłużonych w dewastowaniu ochrony zdrowia. Laureaci, publiczność, wielebni sponsorzy oraz zaufana kapituła ozdób klatki piersiowej zebrała się jak zawsze pod koniec roku w słynnych salonach restauracji Pod Dyszkantem. 

Wybór lokalu gastronomicznego nie był przypadkowy. Od pewnego czasu niektórzy reprezentanci rynku mediowego istotnie cienko śpiewali, a jeszcze cieniej przędli. Wiatry historii nie wieją tylko w jednym kierunku albo zwykła sinusoida życia – zauważyła Matylda w rozmowie z kimś zmiecionym przez wiatr przemian dziejowych. 

Uroczystość przebiegła według tego samego scenariusza. Przypięto te same ordery do tych samych piersi, których właściciele cierpieli na nieuleczalny syndrom radzieckiego  generała. Niektórym brakowało przestrzeni do przypinania ozdób na bohaterskich klatkach piersiowych. 

Instytut Transplantacji Demokracji pracował na koncepcją trzeciej piersi dla najbardziej zasłużonych. Nie mogło przecież tak się zdarzyć, że zabraknie miejsca do przypinania orderów dla dam i kawalerów kapituł wszelkich i nie byle jakich!

Po dekoracji zasłużonych biżuterią biznesową,  zaproszono gości na biesiadę. Matyldzie przyszło siedzieć wśród  młodzieży dziennikarskiej, która nie zostawiwszy nawyku zadawania pytań w pracy, kontynuowała swe powołanie odpytywania innych ludzi podczas branżowej biesiady. 

-Dlaczego rzuciłaś medycynę? Jaką miałaś specjalizację? Co robisz w mediach? – z kilku stron padały pod adresem Matyldy kolejne pytania.

-Nie rzuciłam medycyny, mam nadal aktywne PWZ, tak samo specjalizację z chorób wszelakich. W mediach robię drugą karierę – odpowiedziała w krótkich żołnierskich słowach zaciekawionym współkonsumentom.

– A jak to jest z wyborem specjalizacji? – nie dawali za wygraną współkonsumenci.

– To bardzo złożona decyzja odrzekła enigmatycznie Matylda.

Wybór specjalizacji zawsze był poważnym wyzwaniem dla lekarza. Ludzie głowili się tą decyzją tygodniami i miesiącami, nie zawsze wybierając właściwie.

Po latach Matylda odkryła, że zastosowanie może mieć test talerza. Pierwsze obserwacje w tym kierunku poczyniła jeszcze w czasach studenckich podczas obiadów zjadanych w stołówce.

-Jeżeli twój talerza po skończeniu konsumpcji jakiegokolwiek drobiu wgląda jak powyższa fotka, możesz śmiało wybierać specjalność zabiegową. Dodatkowo jeśli szydełkujesz, malujesz, dziergasz na drutach, wybór specjalności zabiegowej będzie trafiony – opowiadała sąsiadce przy stole biesiadnym.

-Jeżeli zaś twój talerz ma rozwleczone drobiowe kości na pół hektara, kieruj się ku chorobom wszelkim – oznajmiła. Teraz chyba rozumiesz dlaczego wybrałam moją specjalizację. Z talentów manualnych posiadam tylko zdolność stukania w klawiaturę komputera, która jest pochodną wcześniejszej umiejętności stukania palcem w palec, podstawowej metody diagnostycznej w chorobach wszelakich w minionych latach. Była to tanie, dostępne od ręki, bardzo wydajne postępowanie diagnostyczne. Nie trzeba było oczekiwać miesiącami na opukanie, no i na diagnozę. No ale przyszło nowe i wmówiło wszystkim, że tylko rezonans zlikwiduje dysonans, rozpoznawczy oczywiście – dorzuciła Matylda. Czuła się w tym młodym towarzystwie niczym dinozaur będący ciągle żywym dowodem ewolucji w przyrodzie.

Późnym wieczorem wróciła do domu, gdzie zastała męża, który  powrócił z kolejnej misji organizacji Dziadkowie bez Granic pełnionej na  zachodnich rubieżach kontynentu. Taki los!  Jednych rzuca do Afryki, innych w rejon pasma Hindukuszu, a jeszcze innych na rubieże zachodnie Europy. Każdy by chciał być wolontariuszem w Paryżu! Co więcej niektórzy próbowali przekuć takie chęci w czyny.

Posiadanie linijki w CV z napisem wolontariat na rzecz….bla…bla…bla… było niezbędnym wymogiem w nigdy nie nasyconym świecie biznesu. Nachapany, acz bystry biznes w pewnym momencie zauważył, że świat się nim nie zachwyca. Miał wszystko, ale okazało się że wszystko nie oznacza także zachwytu innych ludzi. 

Zamówiono więc pilna kurację wizerunku i kreatorzy sztucznej rzeczywistości wymyślili, że pomocnym w naprawie nadwątlonego wizerunku Big Biznesu będzie wolontariat. Wszyscy szanowali wolontariuszy spieszących z pomocą poszkodowanym przez wojny, pensjonariuszom hospicjów czy  ofiarom klęsk żywiołowych. Powinni więc zachwycić się już po przeczytaniu słowa wolontariat na rzecz seniorów to już gwarantowany maksymalny zachwyt. 

– A więc to nie będzie wizyta w hospicjum lub w szpitalu? – dopytywała Matylda podczas konferencji prasowej. 

– To też będzie praca na rzecz seniorów – ćwierkały agentki PR.

– Jaka praca, proszę o bliższe dane – dociekała Matylda. Warto było dopytywać!

W zaciszu gabinetów wymyślono, że wrażliwy na swój wizerunek Big Biznes nauczy seniorów… budowania drzewa genealogicznego i układania fotografii w gąszczu wspomnień.

-To zagrabianie idei wolontariatu – orzekła Matylda, burząc spokój wiecznie zadowolonej z siebie agentury wizerunku.

-No ale nie każdemu los podaruje wolontariat na rzecz naprawdę potrzebujących – podsumowała Matylda.

Tak to już w świecie było, że nie wszyscy zachwycali się staraniami innych ludzi. Francis po powrocie zastał dom i pomieszczenia redakcyjne Modnych Diagnoz  w strasznym stanie.

Nic w domu ani w jakimkolwiek tekście napisanym w międzyczasie przez Matyldę nie stało tam gdzie powinno stać! Redakcyjną rezydencję ogarnął huragan dobrych zmian, tak modnych w trwającym sezonie politycznym. Matylda bohatersko broniła dostępu do wiedzy o lokalizacji szczoteczki do zębów, kluczy do domu oraz dolnych partii bielizny osobistej. Telefonowanie do męża na rubieże kontynentu z pytaniem gdzie zostały zdeponowane jej dessous’y uważała za wykluczone. O takie detale jak lokalizacja tekstu w komputerze, książki na regale czy butów w szafie mogła pytać. Ba! ciągle musiała pytać. W tym domu  źródło porządku stanowionego było tylko jedno! Z czasem zrezygnowała się i pytała o lokalizację większości rzeczy.

Gdy wróciła z przedświątecznego spotkania, zamieniła wyjściowe okulary na domowe i chciała zdeponować cenną optykę w firmowym pudełeczku. Zwykle leżało ono przy komputerze na jej biurku. Po dłuższej chwili poszukiwań dowiedziała lokalizacja ta tylko pozornie była logiczna!

– Francis, gdzie jest pudełko na MOJE OKULARY??? – zawołała do męża.

Choć Matylda miała wzrok certyfikowany przez swojego Osobistego Okulistę, niedawnym badaniem kontrolnym, odnalezienie okularów nie było zadaniem prostym. Okulary leżały o kilka metrów dalej od jej biurka, zgrabnie ukryte pomiędzy książkami.

– Dlaczego je tam położyłeś? – zapytała męża.

– Przeszkadzały przy odkurzaniu, więc je przełożyłem – odparł z godnością Perfekcyjny Pan Domu.

Grudniowe dni były coraz krótsze. Już od wczesnego popołudnia na podwórku rozbłyskały światła choinki. 

Podwórko wyglądało wieczorem niczym odlotowa kraina. Ta sama choinka za dnia była jednym z wielu drzewek jakich każde miasto było pełne o tej porze roku.

Choć działo się to przez blisko pół wiekiem Matylda pamiętała wizytę ciotki Anastazji jakby odbyła się ona nie dalej niż wczoraj. Koleje losu, które ciotka opowiadała  matce Matyldy były  tak długie, że narracja trwała jeszcze na podwórku i w drodze na przystanek.

– Czy to był ten Ksawery, który miał tak dużo placów na Pradze? – zapytała matka Matyldy.

-Tak, tak, to ten – odpowiedziała Anastazja.

-O jakich placach one rozmawiają? – pomyślała Matylda. -Przecież jesteśmy z nauczycielskiej rodziny, a tu jakiś obszarnik wyskoczył zza węgła i straszy!

-I kamienicę miał na Pradze – dodała ciotka na koniec.

-No tego już za wiele – pomyślała Matylda. Następnego dnia miała colloqium z histologii i musiała zachować jasność umysłu niezmąconą żadnymi opowieściami z przeszłości.

Wyobrażenie, że jest dziedziczką kamienicy przemknęło jeszcze kilka razy przez wyobraźnię Matyldy, ale zawsze lądowało w zakamarkach operacyjnej pamięci.

Czas płynął i naturalną koleją rzeczy Matylda Przekora wkroczyła w wiek bardziej niż dojrzały. Tymczasem otaczający ją świat mimo wspomnianego upływu czasu zdecydowanie zdziecinniał. Co było przyczyną tego stanu rzeczy? Mutacja genetyczna, nieplanowany wybryk natury albo jeszcze inna zagadka przyrodnicza, jedna z wielu do rozwiązania. Pokolenie trzydzieści plus całymi dniami, a także nocami klikało na swoich wypasionych smartfonach i oczywistym było, że nie mogą mieć czasu na takie nudne, tradycyjne zajęcia jak zakładanie rodziny, opieka nad dziećmi, że u starszym pokoleniu nie wspomnimy.

Postanowiono wprowadzić na rynek Altruisan, Bonocaresin, Hedoniol, Benefactorin, Empatian.

(Tipaza37)